Warta – 1000 lat historii

Warta – 1000 lat historii

Nazwa Miasta Warty pochodzi od nazwy rzeki Warty. Największy polski dziejopisarz średniowieczny , Jan Długosz, tak pisze:

,,Trzecia rzeka Polaków – Warta, od której i miasto Warta nazwę bierze”.

Nazwa miasta była znana już w czasach panowania Mieszka I. Z kroniki Thietmara można dowiedzieć się, że w 972 r. Mieszko I płacił trybut cesarzowi „aż po Wartę” (Vurta). 

Warta – miasto w woj. łódzkim, w powiecie sieradzkim, położone nad rzeką o tej samej nazwie. Siedziba gminy miejsko-wiejskiej Warta. W latach 1975-1998 miasto administracyjnie należało do woj. sieradzkiego.
Była miastem królewskim Korony Królestwa Polskiego w tenucie warckiej w powiecie sieradzkim województwa sieradzkiego w końcu XVI wieku.
Według danych z 31 grudnia 2004 r. miasto miało 3392 mieszkańców. Lokalny ośrodek usługowy dla rolnictwa; drobny przemysł.
Pierwsze informacje o Warcie pochodzą z 1255 r. z przywileju wystawionego przez Kazimierza, księcia kujawsko–łęczycko–sieradzkiego, w którym książę zezwolił dwóm mieszczanom Marcinowi i Wilkinowi na lokację osady.

Prezydium miasta zdjęcie zrobione prawdopodobnie na początku XX wieku.

Rozwojowi Warty sprzyjały przebiegające przez miasto szlaki handlowe: trakt solny z Bochni do Kalisza, droga morawsko-kujawska i droga łącząca Mazowsze z Wielkopolską i Śląskiem. Świadectwem licznej obecności kupców jest utworzenie tu komory celnej, o której pierwsza wzmianka pochodzi z 1369 r. Druga połowa XIV w. oraz XV i XVI w. to okres

Rynek okres międzywojenny

największego rozkwitu Warty. W mieście kwitł przemysł sukienniczy. Na przełomie XV i XVI w. działało tu pięć cechów rzemieślniczych: tkaczy, rzeźników, kowali, ślusarzy i szewców. Miasto stanowiło także ośrodek handlu, przede wszystkim lokalnego, choć docierali tu kupcy z Krakowa i Wrocławia.

Na przełomie XV i XVI w. Warta należała do grupy miast średnich, określanych przez źródła

Rynek – dzień handlowy. II wojna światowa

podatkowe jako oppida secundi ordinis. W 1458 r. Warta liczyła około 1400 mieszkańców, było tu ok. 230 domów stojących przy rynku i 14 ulicach: Sieradzkiej, Św. Jana, Łaziebnej, Błotnej, Prezbitrów, Wójtowskiej, Głębokiej, Stawskiej, Witowskiej, Dworskiej, Żydowskiej (co świadczy o obecności w mieście społeczności żydowskiej), Dudlowskiej, Poroszkowskiej i

lewa strona warckiego rynku prawdopodobnie okres międzywojenny

Solatowej oraz na dwóch przedmieściach. Ten układ przestrzenny, utworzony u schyłku średniowiecza, przetrwał w niemal niezmienionej formie przez następne stulecia, czego świadectwem jest zarówno plan miasta z XIX w., jak i dzisiejsza zabudowa rynku i jego otoczenia.

Rozwojowi gospodarczemu miasta towarzyszył wzrost znaczenia politycznego. W latach 1423–1447

Mały Rynek lata powojenne

odbyło się siedem zjazdów, na które przybywali królowie (kolejno Władysław Jagiełło, Władysław III i Kazimierz Jagiellończyk) i elity możnowładztwa polskiego.

Schyłek XV w. przyniósł pierwsze symptomy świadczące o pogorszeniu się warunków rozwoju Warty. 

Straż pożarna schyłek lat 30 tych XX wieku.

Rynek – zdjęcie podpisane 3 maja 1917 roku

Warta, podobnie jak i inne miasta Rzeczpospolitej, została zniszczona podczas „potopu” szwedzkiego. Efekty żmudnej odbudowy miasta zniweczyły pożary z 1719, 1722, 1757 i 1792 r.

W 1792 r. Warta znalazła się pod zaborem pruskim. Miasto przekształcono w siedzibę powiatu obejmującego 11 parafii. Po utworzeniu Księstwa Warszawskiego (1807 r.) Warta stała się siedzibą podprefektury w departamencie kaliskim. W 1810 r. mieszkało tu 1779 osób w 243 domach. Miasto straciło swoją świetność. Nastąpił upadek rzemiosła, m.in. przestały istnieć cechy prasołów, kuśnierzy, płócienników, złotników i

Istniejąca do dziś, lecz wielokrotnie przebudowana remiza strażacka. Początek XX wieku.

grzebieniarzy. Przyczyną tego były klęski żywiołowe (pożar w 1810 r., powódź w roku następnym).

Wojsko Pruskie w Warcie prawdopodobnie okres I wojny światowej.

Pierwszy most – lata powojenne

Widok na klasztor O.O Bernardynów. Zdjęcie z lat 20 tych XX wieku. Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Przeszłości – archiwum fotograficznego i zbioru rycin.

Pod koniec trzeciej dekady XIX w. proces rozwoju miasta został ponownie zahamowany, a kolejne dziesięciolecia przynosiły coraz większą stagnację gospodarczą miasta. Już w okresie Królestwa Kongresowego zbankrutowały założone tu fabryki sukna, m.in. ze względu na rozwój takich ośrodków przemysłowych, jak Łódź, Pabianice, Zduńska Wola. Pewne ożywienie gospodarcze przyniosły pierwsze dziesięciolecia XX w.: utworzono bank, Kółko Rolnicze Centralnego Towarzystwa Rolniczego i Świeckie Towarzystwo Dobroczynności, a także, istniejący do dzisiaj, szpital dla umysłowo chorych. W 1939 r. miasto wcielone zostało w granice Rzeszy Niemieckiej. Rok później władze niemieckie utworzyły getto dla ludności żydowskiej (w 1921 r. 2025 osób, czyli 49% mieszkańców). Nakazały również rozebranie synagogi, spalonej we wrześniu 1939 r. Getto zlikwidowane zostało w sierpniu 1942r. a ogromną większość warckich Żydów wymordowano. Do 1954 r. siedziba gminy Bartochów.

Zabytki

  • kościół św. Józefa pod opieką SS. Bernardynek z XVII wieku
  • gotycki kościół św. Mikołaja wzniesiony w połowie XIV wieku, przebudowany w XVII wieku
  • barokowy kościół i klasztor Ojców

    Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Przeszłości – archiwum fotograficznego i zbioru rycin. Okres międzywojenny

    Bernardynów  Wniebowzięcia NMP z XV wieku, przebudowany w latach 1696-1708

  • ratusz – wzniesiony w 1842 

Według rejestru zabytków Narodowego Instytutu Dziedzictwa na listę zabytków wpisane są obiekty:

  • kościół parafialny pw. św. Mikołaja, XIV-XX w., nr rej.: 497-IV-38 z 1949 oraz 295 z 28.12.1967
  • zespół klasztorny bernardynek, XVIII w.:
    • kościół pw. Narodzenia MB, nr rej.: 858 z 28.12.1967
    • klasztor, nr rej.: 859 z 28.12.1967
    • dzwonnica, nr rej.: 860 z 28.12.1967
  • Klasztor i budynki szpitala psychiatrycznego lata międzywojenne

    zespół klasztorny bernardynów, XV w., XVII-XVIII w.:

    • kościół pw. Wniebowzięcia MB, nr rej.: 855 z 28.12.1967
    • klasztor, nr rej.: 856 z 28.12.1967
    • kaplica cmentarna (przy kościele), nr rej.: 857 z 28.12.1967
  • kaplica cmentarna, 1 poł. XIX w., nr rej.: 861 z

    Wnętrze kościoła św. Józefa pod opieką SS Bernardynek

    18.12.1967

  • ratusz, 1842, nr rej.: 296 z 18.12.1967
  • jatki, obecnie kino „Lutnia”, 1 poł. XIX, XX w., nr rej.: 862 z 18.12.1967
  • park, nr rej.: 294 z 8.02.1979
  • Relikwie świętego Rafała z Proszowic w klasztorze

    dom, ul. Kaszyńskiego 1, 1840-1845, nr rej.: 284 z 2.01.1978(spalony)

  • dom, ul. Kaszyńskiego 9, drewniany, poł. XIX w., nr rej.: 865 z 28.12.1967
  • dom, Rynek 24, poł. XIX w., nr rej.: 864 z 28.12.1967
  • dworek, ul. Sieradzka 2, 1 poł. XIX w., nr rej.: 863 z 28.12.1967 (nie istnieje ?)
  • kamienica, ul. 20 Stycznia 26, nr

    wnętrze kościoła OO Bernardynów

    rej.: 356 z 5.01.1988

 


Proces czarownic 

W Polsce zamordowano około 49 tys. czarownic ( w tym samosądy). W Niemczech takich procesów było około miliona. 

Przed torturami oskarżona była często poddawana tzw. próbie wody (pławieniu). Wierzono, że czarownica nie może utonąć. Związywano lewą rękę z prawą nogą i prawą rękę z lewą nogą, po czym spuszczano na linie wody. Specficzny obszerny ubiór często sprawiał, że kobieta unosiła sie na powierzchni wody. Następnie golono kobiecie włosy (aby diabeł się w nich nie ukrył i nie brał na siebie jej cierpienia). Potem osadzano związaną kobietę w beczce i zawieszano w powietrzu (wierzono, że czarownice nabierają mocy, gdy stykają się z ziemią. Zazwyxzaj oskarżona poddawana była trzykrotnie torturom (w odstępach kilku dni). Stosowano następujące metody:

  • wyciąganie rąk ze stawów i wkładanie ich spowrotem
  • przypalanie ogniem pachwin
  • tzw. „hiszpańskie buty” rodzaj imadła ściskającego stopy

Jedna z odmian „hiszpańskiego bucika” – w tym metalowym bucie umieszczano stopę ofiary potem bucik podgrzewano. Archiwum RGH ze zbiorów Zamku Grodno

Johann Matthaus Meyfarth,ówczesny krytyk procesów pisze:

Widziałem rozdarte członki, oczy wyłupywane z głowy, stopy oderwane od nóg, ściegna wyszarpywane ze stawów, łopatki wyrwane z pleców, nabrzmiałe żyły wewnętrzne, powierzchniowe wpychane do środka, ofiary podnoszone wysoko i już to rzucane, już to obracane, głową w dół, stopami do góry. Widziałem jak kat chłostał biczem, bił prętami, zgniatał śrubami, obciązał ciężarami, krępował sznurami, parzył siarką, polewał olejem i przypiekał pochodnią.

Procesy w Polsce jak czytamy :

Warta – 1678 rok służąca Zofia oskarżona o to, że zakopała w ogrodzie czary i szkodziła swemu Panu. Podczas pławienia jej ciało unosiło się na wodzie. 

Marianna Karabinka oskarżona o to, że od jej rzodkiewki rozchorował się jej Pan. Podczas pławienia unosiła się na wodzie.

Marusza Nowaczka oskarżona o zabicie czarami swej Pani; jej wsólniczką miała być Ewa Lenartczyna.

Błaszków ( prawdopodobnie Błaszki) – 1678 rok oskarżone Anna i Marianna Wawrzynowa Płociennicka

Wszystkie czarownice poniosły śmierć…

Seweryn Leszczyński – Procesy o czary w Polsce u schyłku XVI i w XVII w.

Autor prezentuje w krótkim zarysie problematykę procesów o czary w dawnej Rzeczpospolitej u schyłku XVI wieku i na przestrzeni wieku XVII. Na podstawie protokołów z ksiąg miejskich oraz kroniki miasta Żywca stara się odpowiedzieć na pytanie czym kierowały się oskarżone kobiety, dlaczego niektóre palono na stosie a inne wypuszczano. Autor przybliża mechanizmy działania procesu inkwizycyjnego wskazując na problem indywidualności w charakteryzowaniu źródeł. Większy nacisk kładzie na analizę poszczególnych przypadków nie wskazując na ogólne tendencje czy prądy.

Pojawienie się procesów czarownic w Polsce było możliwe dzięki oddziaływaniu na miejską praktykę sadową wzorców, których nośnikiem była procedura inkwizycyjna i Kościół: Nie jest to nowa rzecz, ani przed jaką kilkaset zmyślona, że są na świecie czarci, albo źli aniołowie, gdyż nas wiara uczy, iż ich Bóg stworzył  wtedy, kiedy i świat, wyrzekłszy te słowa: „Fiat lux, et facto Est lux. W sukurs władzy kościelnej

Próba wody na starej rycinie

przyszły władze świeckie. Kiedy zaczęła upowszechniać się praca Młot na czarownice zabobony i przesądy zaczęły się nasilać. Można mówić, że pojawienie się Malleus maleficarum w Polsce w 1614 r. było jednym z przyczyn zintensyfikowania wiary w czarownice łącząc je dodatkowo z szatanem: O białychgłowach zaś, których szatan żądzami, rozkoszami cielesnymi do siebie pociąga, przygładów jest barzo wiele. W czym osobliwie wiedzieć to potrzeba, iż jako szatan więcej pragnie i stara się kusić dobrych, a niżeli złych, […] tak też wszelkie panienki i dzieweczki świątobliwsze, bardziej zwieść usiłuje: czego nas rozum i doświadczenie uczy. Ta nowa herezja nabierała szczególnej grozy, miała być bowiem kierowana przez diabła. Według M. Pilaszek Demonizacja kobiety u progu czasów nowożytnych przybiera na sile. Kobieta, zresztą podobnie jak Żyd, była wówczas utożsamiana jako niebezpieczny wysłannik szatana. Chętnie dawano wiary, że kobieta jest pośredniczką pomiędzy mężczyzną a diabłem. Nawet duchowni odczuwali pokusę, by wszystkie nieszczęścia przypisywać siłom demonicznym.

Szczyt Łysej Góry pod Wartą. To tutaj, jak mówi legenda miały się spotykać lokalne czarownice na sabat. Archiwum RGH

Zbigniew Osiński mówi, że długotrwały lęk może wzbudzić skłonność do magicznego myślenia, a zabobon jako okrojone wierzenia pogańskie mogą mieć formą magiczną. Z całą pewnością skala zjawiska nie była tak wielka, jak na Zachodzie Europy, słaba reformacja i brak ruchów heretyckich pozwoliła uniknąć powszechnej niekiedy nagonki na czarownice. Należy wspomnieć o pobudkach ekonomicznych i zapobieganiu klęskom elementarnym, bowiem eliminacja czarownicy, jak wierzono, chroniła przed falą głodu, wojny i zarazy. Nie utożsamiano zazwyczaj czarownicy z heretykiem, aczkolwiek teolodzy usilnie starali się połączyć te dwa określenia.

W tym krótkim studium chciałbym przeanalizować kilka przykładów procesów o czary, które miały miejsce w I Rzeczpospolitej, przyjrzeć się mechanizmom władzy oraz spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy oskarżona mogła udowodnić swoją niewinność. Podstawą do analizy są procesy ze wsi Kucharki z 1613 r., z Nowego Wiśnicza z 1632 r., sprawy o czary przed sądem miasta Warty a także dwa przykłady zaczerpnięte z Kroniki Żywieckiej
.

Wyjątkowo piękny widok ze szczytu Łysej Góry. Archiwum RGH

W 1678 r. oskarżenie o czary przeciwko swojemu dziedzicowi padło na kilka chłopek: Ewę Janową, Pietrową z Krzeszowic, Annę z Błaszków, Mariannę Wawrzynową Płociennice i inne. Wszystkie zostały skazane na tortury. Po pierwszej serii sąd spuszcza z mąk, ad crastinum dla lepszej informacji. Przed torturami sąd pytał oskarżoną o winę: Druga tedy Marianna (…) pytana dobrowolnie, jeżeli się do tych ekscesów nie zna, o które jest oskarżona przed sądem, która odpowiedziała, że się nie znam do niczego. Potem secundo tracta, pytana, jeżeli komu inszemu oprócz j. mci na zdrowiu albo i dobytku nie szkodowała, że nic a nic, dla Boga proszę, już więcej nic nie wiem i nie powiem jeno to, moc zeznała.W powyższym przykładzie tortury były celem, nie środkiem do jego osiągnięcia. Można powiedzieć, że były w uprzywilejowanej pozycji, wiedziały bowiem, że jeśli przeżyją tortury, nie spotka je już surowsza kara.

widoczne po prawej stronie niewielkie wtedy drzewa (2008 rok) to tzw. Kościelna Górka. Legenda mówi o tym, że na wzniesieniu dawno temu stał kościół. Podobno gdziew Boży miał pochłonąć w otchłań budynek razem z wiernymi na mszy. Archiwum RGH

W tym samym roku nie miała tyle szczęścia Marianna Karabinka, chłopka oskarżona o szkodzenie czarami panu oraz sąsiadom. Przeprowadzono nawet pławienie: także będąc pławiona i drągiem na wodzie przyciskana i nad wodą na trzy łokcie wystawała (…). Sąd skazał ją na instancję instygatorów, aby na stosie drew per administratorem iustitiae była spalona, gdyż od lat kilkunastu tę robotą miała się bawić i ludziom szkodzić. Pławienie wykazało więc, że była czarownicą, co niekoniecznie było prawdą, często bowiem kobieta potrafiła unosić się na wodzie zakładając długie suknie.

Jeśli już stosowano tortury to trzykrotne, wyjątkiem od tej zasady był proces chłopki z 1685 r. Po czterokrotnych torturach została uwolniona, co może świadczyć o jej niewinności, albo o sumieniu sędziów: Quarto tracta similiter et igne probata, która też pomieniona nic a nic nie zeznała, tylko similiter Panu Bogu się polecam, Pannie Przenajświętszej i nic a nic nie zeznała. Tutaj rolę języczka u wagi grały zeznania. Balcer Sanotczyk nic nie zeznał, Szymon Kopczyński słyszał o czarownicy tylko od ludzi, inni również nie mieli nic powiedzenia na jej temat. Jeśli nie zadziałały tu więzy solidarności, spotykamy się z niecodzienną sytuacją. Ostatnie tortury miały jednak potwierdzić słowa chłopki.

W 1691 r. oskarżona Anna na wszystkie zarzuty odpowiadała podobnie, obwiniając inną czarownicę: Pytana stronę bydła, które odchodziło i co wilk wlazł do obory, obalił dwoje bydła, zeznała, że Katarzyna kutrowa uczyniła. Pytana, jeżeli wie, kiedy jegomość pan Rzeszotarski jechał z jejmością do Sieradza, co woźnica wpadł w wodę z kolaski, zeznała, że to Kutrowa uczyniła. I cokolwiek się z tego działo we dworze, wszystko taż pomieniona uczyniła. Wobec takiego stanu rzeczy sąd skazał Annę i także powołane, które ona na duszę swoją brała, aby na stosie drew jako czarownice spalone były per executorem iustitiae na ukaranie bawiącym się czarami. Sąd więc mógł zgoła inaczej zinterpretować zrzucanie z siebie winy, tym samym doprowadzając do kuriozalnej sytuacji: pomimo tego, że Anna zaprzeczała swojej winie oskarżając inną kobietę, spotkała ją tama sama kara. Pomijam już fakt, że wszystkie mogły być niewinne.

Pora na kilka zdań podsumowań. Konstrukcja procesu pozwalała na złamanie psychiki każdej oskarżonej. Ponadto powszechnie stosowano tortury, jeśli nie fizyczne, to psychiczne, zauważmy, że już samo oskarżenie mogło być dla niektórych nadmiernym obciążeniem. Języczkiem u wagi okazywały się często protokoły z posiedzeń. Ukazywano w nich wyłącznie winę, nie próbowano nawet dociekać prawdy. Działania te był również pokłosiem ówczesnej filozofii prawa nie uwzględniającej zasad lex retro non agit czy nullum poena sine lege. Różnie wreszcie interpretowano zachowania oskarżycieli jak i oskarżonych podczas samego już procesu.

Charakter powyższych źródeł różni się znacznie od dwóch kolejnych. Księgi smolne czy Acta maleficorum pozwalają na optymalne spojrzenie na sprawy kryminalne, mają jednak pewną poważną wadę. Często ukazują spór i sprawę z jednego sprawiedliwego punktu widzenia nie uwzględniając argumentów pozwanych. Kronika Żywiecka Andrzeja Komonieckiego jako źródło pamiętnikarskie, nie zawiera tak szczegółowych opisów procesów, jej autorami nie są jednak przedstawiciele prawa. Ponadto warto przyjrzeć się jej jako ciekawemu rozwiązaniu w ukazywaniu miejskiej społeczności czasów nowożytnych.

W XVI wieku o czary, które miały doprowadzić do śmierci dwóch łódzkich obywateli, oskarżono Marynę Kłak. Zaszyto ją w worku ze skóry nasączonej wołowym tłuszczem, w towarzystwie żywych psa, kota i żmii, i puszczono na wodę. Jako że worek wraz z zawartością zatonął uznano, że Maryna była winna – worek nasycony tłuszczem powinien był bowiem unosić się na powierzchni. W XVII wieku, a konkretnie w 1652 roku, odbył się z kolei proces o czary Zofii Straszybotha albo Zosi Strasibótki. Sama podobno bojąc się czarów i uroków wieszała zdechłe żaby w obejściu, co nie uchroniło jej od oskarżenia. Na procesie nie tylko się do tego przyznała, ale dostała ataku histerii, zapewne pod wpływem tortur. Dla sędziów o jej winie świadczyło pojawienie się na procesie czarnego psa, ale zanim wykonano wyrok, oskarżona zmarła. W tym samym czasie podobne procesy odbywają się w Łęczycy, Warcie i Sieradzu, i tam płoną stosy. W 1775 roku w Doruchowie koło Wielunia kilkanaście kobiet poddano próbie wody, a następnie spalono. W Łagiewnikach oskarżone poddawano tylko pławieniu. W dodatku żona poszkodowanego rzekomo przez czary Żeleskiego powstrzymała go przed wezwaniem kata do tych, które unosiły się na wodzie. Być może jej przykład podziałał na otoczenie, bo z tym wydarzeniem łączy się koniec ery polowania na czarownice w okolicach Łodzi.

Gazeta Łódzka


Warta na starych fotografiach

Przedstawiamy Wam tylko niewielką część archiwalnych zdjęć z Warty. Fotografie na swych łamach umieścił portal sieradz.naszemiasto.pl. Zdjęcia zostały udpostępnione przez Pana Huberta Kamolę. Jest ich około 230, my wybraliśmy tylko te dla nas najciekawsze. Niektóre zdjęcia są podpisane przez fotografa, jednak decydowana większość jest niepodpisana, co strasznie utrudniło nam identyfikację. Oryginały, jak widzieliśmy osobiście można zobaczyć w Muzeum Miasta i Rzeki Warty. 

zainteresowało nas to zdjęcie nie z racji kobiety, która do niego pozuje, ale widoku tuż za jej plecami. Mamy okazję zobaczyć jak wyglądał nieistniejący już most na rzece Warcie. Zdjęcie daje wyobrażenie jak szeroko rzeka potrafiła rozlewać się na okoliczne łąki. Zdjęcie sądząc po ubiorze „modelki” lata 30.

Kolejne zdjęcie rozlewiska rzeki Warty. Zdjęcie zrobione prawdopodobnie z klasztornej górki. Datowanie trudne.

oba zdjęcie przedstawiają widok nieistniejącego juz mostu na rzece.

Tuż przed wybuchem wojny społeczność żydowska liczyła niemal 49 % liczby mieszkańców miasta. Zdjęcie przedstawia prawdopodobnie żydowskie mieszkanki Warty

Żydowska rodzina przed niezidentyfikowanym domem w Warcie

Nieistniejąca dziś Synagoga

Ruiny Synagogi wysadzonej przez okupanta

Ciekawe zdjęcie przedstawiające zwniesienie, na którym dziś stoją kolejne pawilony szpitala psychiatrycznego wybudowane już po wojnie

Okres zaborów carscy żołnierze

Kościół św. Józefa prawdopodobnie remont po tym jak spalił się po uderzeniu pioruna

II wojna światowa. Wojska niemieckie walczące na rynku warckim. W tle płonący budynek Prezydium Miejskiego

II wojna światowa wrzesień 1939 Wehrmacht w Warcie

Tutaj znajdowała się cukiernia Szwajcara Karola Vauchera przyjaciela Polaków. W tym miejscu dowódca powstańczy Józef Oxiński dowódca I Odziału Powstańczego w Sieradzkiem spotkał się w 1863 roku z towarzyszami walki. Archiwum RGH

Po lewej stronie widoczna na zdjęciu, już wtedy nieistniejąca cukiernia Vauchera. Lata powojenne.

Budynek Gimnazjum lata współczesne

Podczas remontu Gimnazjum odkryto pod warstwą farby tą ciekawostkę. UNSER IST DER SIEGE – „Zwyciestwo jest nasze”, oraz duże znaki SS pod napisem. Okazało się, że w czasie wojny w budynku mieszkały SS – mańskie rodziny, mieścił się też urząd, związany z SS. Archiwum RGH

Budynek żandarmerii niemieckiej – Gestapowska mordownia. Street View

 

Najciekawsze zdjęcie zostawiliśmy oczywiście na koniec. Zdjęcie przedstawia grupę dzieciaków w różnym wieku, oraz dorosłego mężczyznę siedzącego po środku. Naszą uwagę przykuł niemiecki napis po lewej stronie kadru. „Kreissparkasse Sieradich” niżej drugi napis jednak nieczytelny, ale wydaję nam się, że drugi wyraz to Warta. Okazało się, że tekst można przetłumaczyć tak : „Sieradzka Kasa Oszczędnościowa Filia w Warcie”. Tuż nad tym napisem KLOSTERSTRASSE, co oznacza dzisiejszą ulicę Klasztorną. Każdy mieszkaniec miasta rozpozna budynek na rogu ulic Prefektoralnej i Klasztornej. Dziś to siedziba Banku Spółdzielczego. Te napisy pozwalają datować to zdjęcie na okres niemieckiej okupacji. Naszą uwagę zwracają kolejne ciekawostki. Niektóre dzieci (oraz ich opiekun) mają na klapie przypięte jakieś przypinki. Nie sposób określić, co przedstawiają. Jednak najciekawszy jest dziwny znak nad wejściem do budynku. Biała tablica z jakimś runicznym znakiem pustym miejscem i napisem Schule (Szkoła). Teraz wiemy, że to uczniowie i zapewne ich nauczyciel. Dlaczego zostawiono to puste miejsce przed myślnikiem? Jaki napis miał tam być? Poświęciliśmy wiele godzin poszukiwań nad znaczeniem runy zamieszonej na górze tablicy. Po ogromnym wysiłku i pomocy naszego kolegi udało nam się go zidentyfikować! Czy uczniowie mają właśnie ten znak przypięty do piersi? I najważniejsze pytanie czy są to dzieci polskie czy niemieckie? Choć nie sposób ze zdjęcia określić ich narodowości, to jednak mamy nieodparte wrażenie, że są to dzieci jednak niemieckie. Dzieciaki wydają się być zadowolone. Niektóre się uśmiechają, a jeden z chłopców wystawił nawet język. Czy są to dzieci polskie i zostały zmuszone do pozowania i wymuszonego uśmiechu? Może jeszcze wtedy nie poznały, co to rasa panów i terror, jaki z sobą ci „panowie” nieśli? Czy może są to dzieci niemieckie nieznające okrucieństw wojny?

budynek „szkoły” lata powojenne

 

Nationalsozialistische Volkswohlfahrt
Narodowosocjalistyczna Ludowa Opieka Społeczna

W okresie republiki weimarskiej rodząca się narodowosocjalistyczna opieka społeczna składała się z lokalnych inicjatyw, skupionym na       udzielaniu pomocy ubogim bądź rannym towarzyszom z SA, karmiono ich i zapewniano dach nad głową.
W 1931 roku, Gauleiter Berlina Goebbels, zadał sobie sprawę jaką wagę propagandową może mieć niewielka Narodowosocjalistyczna       Ludowa Opieka Społeczna (NSV), powołana do życia przez jeden ze stołecznych oddziałów partyjnych. Dzięki poparciu Goebbelsa, na       czele NSV stanął Erich Hilgenfeld, były pilot wojskowy, a w czasie pokoju człowiek interesu. Sprawdził się on jako organizator zbiórki       pieniędzy i darów z okazji urodzin Hitlera – 20 kwietnia.
3 maja 1933 roku, Hitler uznał NSV za jedyną partyjną agencję dobroczynną w Rzeszy. Honorową patronką została Magda Goebbels. Siedziba główna NSV mieściła się w Berlinie.

W stosunkowo krótkim czasie NSV zdobyła niezależną pozycję wśród innych organizacji podlegających NSDAP, jak:
   

   Niemiecki Front Pracy (DAF)
   Hitlerjugend (HJ)
   Narodowosocjalistyczny Związek Kobiet (NSF).

Po początkowych konfliktach dzięki poparciu Hitlera, na polu „walki” pozostała NSV. Jednak w Rzeszy istniały i inne charytatywne, (siedem), organizacje które należało przejąć lub zlikwidować – partia nie znosi konkurencji.

Legitymacja NSV z 1936 roku

Na początku NSV przejęła fundusze socjalistycznych organizacji dobroczynnych, co było stosunkowo łatwe z powodu delegalizacji       partii socjalistycznych. Zaczęła współpracować z chrześcijańskimi związkami pomocy, dzieląc się ich aktywami, a z żydowska agencja  została wyłączona z walki, gdyż pozwolono jej działać tylko w gronie swoich współwyznawców.

Na polu „walki” pozostały jeszcze:

   Misja Wewnętrzna – protestancka – założona w 1848 roku.
   Caritas – katolicka – założona w 1896 roku.
   Niemiecki Czerwony Krzyż.

Kierownictwo NSDAP nie mogło jednak ich rozwiązać z kilku względów a mianowicie:

– były to rozbudowane organizacje zatrudniające dziesiątki tysięcy pielęgniarek i opiekunów,
– dysponowały one łącznie ponad trzystoma tysiącami łóżek w ponad piętnastu tysiącach szpitali, hospicjów i domów opieki, (co stanowiło ponad połowę miejsc przeznaczonymi dla osób starych, chorych czy też trudnych dzieci),

       – udzielały one też szeroko pojętej pomocy socjalnej,
      – cieszyły się międzynarodową renomą i były wspierane przez liczne zagraniczne organizacje chrytatywne i dobroczynne.
W/w wraz z NSV należały do związku o nazwie Niemiecki Związek Ochotniczej Opieki Społecznej.

NSV przystąpiła do opanowania tych organizacji, budując swój własny wizerunek i przejmując mniejsze grupy samopomocy, zajmujące się ociemniałymi, głuchymi i zubożałymi arystokratami, podnosząc tym samym znaczenie swojej organizacji.

Po 1938 roku, główne pola działania NSV to:

   – matka i dziecko
   – działalność kobiet w Niemieckim Związku Kobiet (Deutschen Frauenbund)
   – przedszkola
   – pomoc w gospodarstwie domowym
   – pomoc młodzieży
   – walka z gruźlicą (Tuberkulosehilfswerk)
   – ruchome punkty dentystyczne
   – służba dworcowa
   – instytucja dobroczynna wydająca posiłki (Ernährungshilfswerk)
   – oraz Pomoc Zimowa (Winterhilfswerk)

Do 1939 roku NSV wyrosła na druga pod względem liczebności masową organizację narodowosocjalistyczną w Niemczech – po       Niemieckim Związku Pracy – mając 12,5 miliona członków. Dla zobrazowania skali wielkości NSV podam że jej członkami było 15 procent ogółu ludności, prawie w co drugiej niemieckiej rodzinie ktoś należał do NSV.

   W połowie 1939 roku, NSV składała się z:
   40 okręgów (Gau)
   813 kół (Kreis)
   26138 miejscowości (Ortswaltungen)
   97161 komórek (Zellen)
   511689 bloków (Blocks)

Żródło : http://www.dws-xip.pl/reich/nsv/nsv.html

 


Muzeum Miasta i Rzeki Warty PTTK

Archiwum RGH

Archiwum RGH

 

 

 

 

 

Chcemy osobiście podziękować Pani z Muzeum Miasta i Rzeki Warty za, krótkie ale interesujące oprowadzenie nas po muzeum. Polecamy to miejsce wszystkim Czytelnikom, którzy nie mieli okazji zwiedzić tego niezywkle bogatego, jak na w sumie niewielkie miasto, muzeum. Naprawdę warto odwiedzić to miejsce! Redakcja.

Muzeum mieści się w zabytkowej kamieniczce, w centrum miasta. Pierwsze wzmianki o budynku stojącym w tym miejscu występują w akcie notarialnym z 1823 roku. Budynek został wtedy zakupiony przez kasztelana sieradzkiego. Obecną kamienicę wzniesiono prawdopodobnie w II połowie XIX wieku. Późniejsze losy kamienicy można śledzić w księgach wieczystych i tekstach zamieszczonych w kwartalniku PTTK „Na Sieradzkich Szlakach”.
Początki obecnego muzeum związane są z ogólnopolskimi obchodami Reymontowskimi w 1967 roku. Wtedy z inicjatywy Oddziału PTTK w Warcie, a zwłaszcza Eugenii Kaleniewicz, w neoklasycystycznym pałacu w Małkowie utworzono „kącik” poświęcony Władysławowi Reymontowi. W 1968 roku „kącik” uzyskał statut izby regionalnej. W 1978 roku konieczne stało się przeniesienie ich do Warty, gdzie uzyskano pomieszczenie w zabytkowej kamieniczce. W 1981 roku placówka otrzymała statut muzeum i nazwę Muzeum Miasta i Rzeki Warty przy Oddziale PTTK w Warcie.
Muzeum posiada ponad 3200 muzealiów z dziedziny archeologii, historii i sztuki. Większość z nich to darowizny mieszkańców Warty i okolic, niewielka część to zakupy.
Ekspozycja stała zajmuje cztery sale, na wystawy czasowe przeznaczono dodatkowo jedno pomieszczenie. Łączna powierzchnia ekspozycyjna wynosi 200 m2.

Jedno z ciekawszych i cenniejszych znalezisk archeologicznych na terenie Polski, wydobyte w Zakrzewie. Tego typu naczynia wykonywano w VII-V wieku p.n.e w strarożytnej Eturii /dziś środkowe Włochy/. Na ziemie polskie waza ta dostała się zapewne przez teren dzisiejszych Czech i Moraw i była używana przez ludność kultury łużyckiej… prawdopodobnie do celów reprezentacyjnych lub kulturowych. Prezentowany zabytek, jako niezwykle ciekawy okaz był pokazany w kilku krajach Europy Zachodniej w ramach wystawy „Skarby Archeologii Polskiej”. Archiwum RGH

Fortepian na którym w 1884 r. w Skalbierzu koło Pinczowa grała Maria Skłodowska – Curie

Zabytki archeologiczne pochodzą głównie z terenów zajętych obecnie przez zbiornik „Jeziorsko”. Z okresu brązu pochodzi unikatowa na ziemiach polskich waza datowana na VII-V wiek p.n.e., a pochodząca prawdopodobnie z ośrodka brązowniczego w Etruri-Bisenzio. Z dziedziny historii eksponowane są dokumenty oraz pamiątki cechów rzemieślniczych, działających w Warcie w XVII-XVIII wieku. Dużo miejsca w ekspozycji poświęcono sławnym ludziom związanym z Wartą, m.in.: Władysławowi Reymontowi i lotnikowi płk. Stanisławowi Skarżyńskiemu, mieszkańcowi Warty, który w 1933 roku dokonał, jako pierwszy z Polaków, samotnego przelotu przez Ocean Atlantycki. Ponadto są tu grafiki, projekty rzeźbiarskie i architektoniczne urodzonego w Warcie wybitnego artysty Stanisława Szukalskiego. Muzeum organizuje również wystawy czasowe, tematycznie związane z ziemią sieradzką.

Mydło RIF – Najbardziej wstrząsający eksponat warckiego muzeum. Mydło z ludzi. Jednak tak naprawdę nigdy nie udowodniono, czy do produkcji tych mydeł stosowano ludzki tłuszcz. Jak możemy przeczytać „Niemcy mieli rozprowadzać w obozach koncentracyjnych i w gettach kostki mydła z wytłoczonym napisem RIF, co, jak sądzono, było skrótem niemieckiego określenia „Rein Judisches Fett” („Czysty żydowski tłuszcz”). Feig nie bez przyczyny wspomina o zastrzeżeniach niektórych historyków, co do autentyczności wytwarzania przez Niemców mydła z ludzkiego tłuszczu. Ów napis-synonim RIF – twierdzą Niemcy – to de facto skrót nazwy „Reichstelle Für Industrielle Fettversorgung” (Ośrodek Przemysłowego Zaopatrzenia Rzeszy w Tłuszcze), który był urzędem odpowiedzialnym za wojenną produkcję i dystrybucję mydła i środków piorących… Niemcy dalej twierdzą, iż ów RIF stanowił ubogi substytut mydła i nie zawierał tłuszczu w ogóle ani ludzkiego, ani żadnego innego.Archiwum RGH

 

 

 


Kościół pod wezwaniem św. Mikołaja

Zdjęcie : Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Przeszłości – archiwum fotograficznego i zbioru rycin.

Jak podaje Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, Warta to miasto w powiecie sieradzkim położone na wzgórzach towarzyszących dolinie rzeki o tej samej nazwie. Piękne to miasteczko do dnia dzisiejszego zachwyca swoim starym urokiem pięknych kamieniczek i zabytkowych kościołów czy klasztoru. Klasztor bernardynów już został przez nas opisany, czas dziś zatem na kolejny zabytkowy pomnik sztuki sakralnej. Mowa tutaj o rzymskokatolickim kościele parafialnym p.w. św. Mikołaja, który się mieści na ulicy Kaliskiej.  To trójnawowa budowla ceglana z wieżą i gotyckimi portalami. Wewnątrz posiada sklepienia kolebkowe z lunetami z XVII w.  Do dziś można w nim podziwiać wiele zabytków natury sakralnej. Zacznijmy od początku.

Kościół św. Mikołaja w 2007 roku. Archiwum RGH

Jak podaje Biskup Łaski w Liber Beneficiorum, owa osada kościół miała zapewne od początku fundacja książąt polskich założony. Był najpierw drewniany ale zdradzieckim najazdem przez Krzyżaków spalony. Jak podaje Łaski ,podczas swej wizytacji w 1521 roku, obecny kościół noszący cechy wielkiej starożytności powstał zapewne zgorzeniu pierwszego w 1331 roku, ze szczodrobliwości króla Kazimierza Wielkiego. Świątynia została konsekrowana w 1340 roku. Bogata to musiała być świątynia skoro w 1455 roku złożyła ona na wojnę pruską „17 grzy. i 3 skojce srebra”. Podobno też Jakub z Sienna osadził tam misjonarzy, ostatnie zapiski kościelne mówią, że pomiędzy 1474 a 1476 rokiem jako uposażenie misjonarzy przy farze Świętosław z Lipio Kobierzycki daje 240 grzywien. Następnie podniesione zostaje już uposażenie na 5 misjonarzy o kolejne 500 florenów. W owych czasach to jest około lat 1500, uposażenie proboszcza obejmowało prócz znacznych obszarów ziemskich i dziesięcin, prawo łowienia ryb w rzece Warcie, wolny wręb w lasach oraz prawo propinacji i warzenia piwa.

W 1800 roku ulega zniszczeniu dach kościelny ze znaczną częścią sklepienia na skutek wynikłego w mieście pożaru. Spaleniu wówczas uległy również dwie wieże i podobno 4 dzwony. Źródła podają, że wtedy nabożeństwa były odprawiane w kościele Bernardynów.  Za rządu pruskiego w opustoszałym kościele urządzono magazyn wojskowy. Dopiero w roku 1815 odrestaurowany został staraniem duchowieństwa i parafian.

Ciągłemu przebudowaniu ulega wnętrze  a od 1872 roku ze składek parafian jest restaurowany. Wróćmy do środka zabytkowego kościoła i do wizytacji Biskupa Łaskiego. Który podaje, że kościół ów posiadał od dawna 10 ołtarzy, które miały swoich osobnych fundatorów i fundusze na restaurowanie. Kilka z nich miało swoich prebendarzy i altarystów. Prebendarz zobowiązany był do obecności w kościele w uroczyste święta i każdą niedzielę, aby asystować z kadzidłem i odśpiewywać razem z plebanem

nieszpory i jutrznię. Wszystko to miało na celu upiększenie liturgii. Obowiązki prebendarza zmieniały się w zależności od potrzeb duszpasterskich w parafii. Gdy zaprzestano odmawiania i śpiewania brewiarza w kościołach parafialnych prebendarz od tej pory był odpowiedzialny za śpiewanie godzinek. Prebendarz był również odpowiedzialny za niektóre bractwa. Z kolei altarysta   to opiekun altarii[1] w kościele, czerpiący z tego tytułu swoje dochody. Altaryści mieszkali zazwyczaj w

małych domkach w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła, często przylegających do cmentarnego muru. W przypadku większych kościołów, w których znajdowało się kilka ołtarzy, altarystów bywało także kilku, każdy z nich mieszkał w swoim domu, a budynki te tworzyły często charakterystyczny wianuszek małych kamieniczek obok kościoła. Wróćmy do ołtarzy w warckim kościele, Łaski podaje nazwy niektórych z nich, były więc:

  • ołtarz św. Wawrzyńca
  • ołtarz Andrzeja Apostoła
  • ołtarz Najświętszej Maryi Panny Bolesnej
  • ołtarz Anny i Urszuli
  • ołtarz św. Rocha
  • Ołtarz św. Trójcy

Więcej Biskup nazw nie podaje, mówi tylko jeszcze o tym, że ołtarz św. Wawrzyńca ufundował Stanisław Stelmaszyk z Trzemeszna, pleban w Tubądzinie, który arcybiskup Maciej Drzewiecki w roku 1533 jako beneficjum kanonicznie erygował. W chwili obecnej zostały chyba 4 ołtarze boczne.

W warckim kościele, jak podaje Łaski, chowano niegdyś rozmaite okoliczne familie szlacheckie. Podaję, że jest tam również pochowany dziedzic  Małkowa. W 1442 roku konsystorz gnieźnieński przyznaje tamtejszym dziedzicom Maciejowi i Adamowi prawo chowania się w tymże kościele na mocy przywileju arcybiskupa Mikołaja Trąby i zakazuje Świętosławowi z Maszewa, plebanowi warckiemu, do którego parafii Małków należał, aby w wykonaniu tego prawa najmniejszych przeszkód nie robił.

Do kolejnych zabytków kościoła parafialnego należą wieżyczkowa monstrancja z XVI wieku, późno gotycka Pietà z początku XVI wieku znajdująca się wcześniej w spalonym kościele w Glinnie a także cenne epitafia i płyty nagrobne. Zajmijmy się na chwilę owym kościołem.  Był to drewniany kościół p.w. św. Wita i Modesta, ufundowany przez Jakuba Głowaczewskiego w 1734 roku.  .  Został zniszczony w czasie ciężkich walk w dniach 4 i 5 września 1939 r. Świątynię rozebrano w 1943 r.

Pieta z kościoła z Glinna

Jeśli zaś mowa o płytach nagrobnych to w kościele św. Mikołaja we Warcie znajdują się trzy płyty, jak podaje Słownik Geograficzny, wytarte nogami przechodniów. Jedna z nich jest bardzo osobliwa, mieści w prezbiterium i przedstawia postać rycerza wykutą w ciosie, z prawej strony znajduje się herb Gozdawa a z lewej Poraj, poniżej zaś napis, odczytany w 1860 roku- „…osus” (Generosus) Dominus Mathias… Ska (ę) czniewki”. Kim był ów człowiek? Dziś trudno się dowiedzieć, zapewne był to szlachetnie urodzony pan, szlachcic o czym ów właśnie łaciński napis świadczy. Był zapewne bezpośrednim lennikiem korony. Oj dużo by się dało za możliwość dowiedzenia się o nim czegoś więcej.

Opisaliśmy już większość zabytków i godnych uwagi w parafialnym kościele św. Bogumiła, został nam tylko ten jeden, jakby najważniejszy, Często nazywany „warckim tryptykiem”.

zdjęcia : Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Przeszłości – archiwum fotograficznego i zbioru rycin.

Jest to cenny renesansowy tryptyk „Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny”, na stronie diecezji włocławskiej możemy o nim przeczytać następujące informacje:

„Obraz środkowy, przedstawiający Wniebowzięcie Matki Boskiej, inspirowany środkową częścią retabulum ołtarzowego o tej samej tematyce z kościoła o. o . Bernardynów w Warcie zamykają dwa ruchome skrzydła z przedstawieniami na awersach: Zwiastowania, Narodzenia, Hołdu Magów; Zmartwychwstania, Wniebowstapienia, Zesłania Ducha Świętego, na rewersach sceny pasyjne. Obraz z predelli, pocięty na trzy części przedstawia: Półpostacie Matki Boskiej z Dzieciątkiem i ze świętymi: Elżbietą z Turyngii, Barbarą, Katarzyną, Marcinem, Łucją, Dorotą, Janem Jałmużnikiem i Jadwigą Śląską.
Tryptyk ten powstał ok. 1515 roku, swój rodowód wywodzi z malarskiej szkoły poznańskiej z wpływami krakowskimi i norymbersko – bamberskimi. Wykonany jest w technice tempery jajowej z laserunkami na zaprawie kredowo-klejowej. Podobrazia były wykonane z drewna lipowego. Zachowane części tryptyku od około 1816 r. były wmontowane w pseudobarokowy ołtarz w Kościele św. Mikołaja. W 1935 roku tryptyk był wypożyczony na wystawę: „Polska Sztuka Gotycka” – Warszawa Instytut Propagandy Sztuki. Po jej zamknięciu był konserwowany i restaurowany w Państwowej Pracowni Konserwacji na Zamku Warszawskim. W 1939 roku był zabezpieczony w Muzeum Narodowym w Warszawie skąd w 1940 roku został wywieziony przez Niemców do Krakowa. Obraz środkowy, pozbawiony ram, był w 1945 roku rewindykowany przez Muzeum Narodowe w Warszawie, skąd w 1947 roku wrócił do Kościoła w Warcie. Sześć obustronnie malowanych kwater, również pozbawionych ram i predella zostało przekazane w 1953 roku do Muzeum Narodowego w Warszawie, gdzie były wystawione w Galerii Sztuki Gotyckiej do 23 sierpnia 1996 roku, kiedy to, po wieloletnich staraniach zostały przekazane do Kościoła św. Mikołaja w Warcie.
Prace związane z restauracją i konserwacją tryptyku, podjęte w 1993 roku, trwały do końca roku 1999. Celem wszystkich prac dotyczących tryptyku-ołtarza była jego pełna rewaloryzacja polegająca na odtworzeniu pierwotnej formy i funkcji oraz ukazaniu unikalnych walorów wspaniałego dzieła sztuki we wszystkich jego zachowanych elementach. Umieszczenie wszystkich elementów tryptyku w ramie nastąpiło na przełomie listopada i grudnia 2000 r.”

Dołożyć tutaj wypada również słowa napisane przez Panią konserwator, która ów piękny tryptyk przywracała do swojej świetności, czyli Pani Ewy Marxen – Wolskiej.

Tryptyk w 2007 roku. Archiwum RGH

Omawiane części predelli, wraz z sześcioma kwaterami tryptyku, znajdowały się w latach 1953 – 1996, w Galerii Sztuki Średniowiecznej Muzeum Narodowemu w Warszawie pod nr. inwentarza 210486. Odkrywcą zabytku był w 1844 roku Kazimierz Strączyński. Od niego dowiadujemy się, że kościół św. Mikołaja w Warcie, wzniesiony ok. połowy XIV w. był kilkakrotnie przekształcany, a w 1801 roku, spustoszony przez pożar, doczekał się odnowienia dopiero po kilkunastu latach. Wtedy to ustawiono w prezbiterium pseudo barokowy ołtarz, który był kompilacją wielu elementów dekoracyjnych pozyskanych z pobliskich miejscowości. W środku tej oprawy umieszczono zdekomponowany, wczesno renesansowy tryptyk, z największym w malarstwie polskim, ponad osiem metrów kwadratowych, obrazem tablicowym Wniebowzięcia Matki Boskiej. W bocznych częściach ołtarza przymocowano w sposób nieruchomy, dwa skrzydła z sześcioma dwustronnie malowanymi kwaterami. Czołową malowaną płytę predelli tryptyku, pocięto na trzy części, z których dwie boczne, z półpostaciami świętych, oprawione w ramy, wmontowano w ołtarz po dwóch stronach tabernakulum. Środkowa część z półpostacią Matki Boskiej z Dzieciątkiem, znalazła się poza obrębem ołtarza. W roku 1934 wymontowany z ołtarza tryptyk został wypożyczony na Ogólnopolską Wystawę Sztuki Gotyckiej w Warszawie.
Po zamknięciu wystawy w 1935 r. został on powierzony do konserwacji w Pracowni Konserwatorskiej na Zamku Królewskim w Warszawie. Zakończenie konserwacji i transport tryptyku do Warty, przewidziany był na wrzesień 1939 roku. Wybuch wojny przeszkodził w realizacji zamierzenia, a tryptyk został zdeponowany w gmachu Muzeum Narodowego w Warszawie. Wywiezienie ołtarza, przez Niemców, w roku1940 do Krakowa na Wawel, było początkiem jego degradacji i niszczenia. Po wojnie, w roku 1947, część środkowa wróciła do kościoła parafialnego w Warcie, a pozostałe zachowane elementy, w 1953 roku zostały wpisane do zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie. Grube deski (ponad 3 cm), pociętego podobrazia predelli, pozbawione wzmocnień konstrukcyjnych, na skutek niekorzystnych warunków otoczenia, uległy bardzo dużemu zniekształceniu przez beczkowate wygięcie. Kompleksowa konserwacja i restauracja tryptyku, przeprowadzana w latach 1993-1999 przewidywała przywrócenie predelli jej pierwotnego kształtu, z wyprostowaniem płyty podobrazia włącznie. Zabieg ten wykonałam w sposób dotychczas nie stosowany przez wykorzystanie zdolności pełzania komórek drewna. Polegał on na długotrwałym (27 miesięcy),kontrolowanym, ukierunkowanym nawilżaniu płyty podobrazia i nałożeniu na odwrocie, po jej wyprostowaniu, stabilizującego parkietu o metalowo drewnianej konstrukcji”.

To już wszystkie informacje, jako udało się nam zgromadzić na temat tego starego i przepięknego kościoła. Z naszej strony nie pozostaje nic innego jak zaproszenie państwa, jeśli będziecie w tamtych stronach, do własnego odbioru i zwiedzenia tego zabytku i napawania oczu jego urokliwymi wnętrzami.

Z kościołem Św. Mikołaja we Warcie a konkretniej z pewnym budowniczym tego kościoła wiążę się miejscowa legenda, którą pięknie opisał pan Jan Piotr Dekowski, poczytajcie.

Jan Piotr Dekowski, Strzygi i Topieluchy

Złodziej-pokutnik na Łysej Górze

Nieopodal miasta Warty znajduje się bardzo wysokie wzgórze, którego szczyt z daleka wygląda jak wielka Łysa Góra, toteż zapewne dlatego całe wyniosłe wzgórze nazwano Łysą Górą. Wiele jest tu wzniesień, wszystkie one z jednej strony mają łagodne zbocze, skierowane na las i pola uprawne, z drugiej strony ich zbocza są spadziste i zarosłe krzewami, paprocią i mchem.
Starzy ludzie powiadają, że na wierzchołku tej góry od bardzo wielu, wielu lat pokutuje wielki grzesznik, a właściwie to jego biedny duch. A jak to się stało, proszę, posłuchajcie.
Było to, zdaje się wtedy, gdy panował król Kazimierz Wielki. W tym czasie w Warcie budowano okazały kościół farny. Robociznę prowadził majster, który dopuścił się świętokradztwa. Ukradł on kilka kóp groszy, które były przeznaczone na tę właśnie budowę.
Skradzione pieniądze majster schował do skórzanego worka, wziął szpadel i nocą, kiedy księżyc rozświetlał ziemię, wlazł na samiuteńki szczyt Łysej Góry, aby tam je głęboko ukryć w ziemi. Kiedy już pieniądze zakopał i dla oznaczenia przywalił jeszcze wielkim głazem, pojawił się nagle, o zgrozo! Olbrzymi i straszny potwór. Miał on zęby ostre jak noże, a ślepia jego ziały ogniem, którego płomienie były całkiem zielone.

Złodziej przeraził się, zaczął tłumaczyć i przyrzekać, że zrabowane pieniądze zaraz zwróci. Potwór, był nieubłagany. Swoją łapą wcisnął w ziemię grzeszne ręce złodzieja, po czym rzekł mu, że tyle lat będzie pilnował ukrytych przez niego skarbów, ile kóp groszy zrabował. To jest jego pokuta. I tak też się stało. Odtąd w noce ciemne i wietrzne można oglądać, jak na szczycie Łysej Góry, w blasku ognia, gdy palą się pieniądze, toczy zawziętą walkę ów złodziej pokutnik ze straszliwym potworem.

Przekazała Maria Kaźmierczak, ur. w 1906 r., farmaceutka z Łodzi; opowieść zasłyszana od swojej babki, która mieszkała w mieście Warta.


Z pamiętnika byłego warcianina…

Nie wiem jak mam to wszystko, co pamiętam opisać, jednak spróbuje. Musicie mi wybaczyć, bo to już tyle lat minęło a i pamięć ludzka też z upływem lat staje się zawodna.
U nas w Wielkopolsce Warta była znana, jednak nie ze swych zabytków, czy bogatej przeszłości, ale z powiedzonka, które zawsze wypowiadano, kiedy tylko człowiek zrobił coś niemądrego – „Warta wylała i głupki na wolności”. Słyszało się je w szkole, na ulicy, dosłownie wszędzie. Dla nas Wielkopolan miasto znane było tylko z „domu wariatów”. Opowiadano niezwykłe legendy o tym, co tam się dzieje. Straszono dzieci „oddaniem do Warty”, kiedy były niesforne lub nie chciały spać. Takie miejsca jak szpitale psychiatryczne zawsze kojarzą się z czymś mrocznym o wyrafinowanych torturach, i zamkniętych okratowanych celach. Przekonanie takie umacniał także w ludziach Hollywood takimi filmami jak „Milczenie owiec” z Anthonym Hopkinsem czy „Wyspa tajemnic” z Leonardo DiCaprio. Trudno się, zatem ludziom dziwić. Prawda jest zupełnie inna, jednak wrócę jeszcze w swych wspomnieniach do warckiego szpitala.     
Zawsze interesowała mnie historia, zwłaszcza II wojna światowa. Kiedy zamieszkałem w tym mieście nie znałem ani miasta, ani jego mieszkańców. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to zaniedbane, zabytkowe kamienice i budynki. Dziwnym trafem architektura tego miasteczka przypominała mi do złudzenia Koźminek czy Opatówek. Niemal identyczne budynki, tuż przy drodze, bardzo nisko osadzone okna na wysokości ludzkich kolan. Dopiero potem wiedziałem już, dlaczego.  We wszystkich przypadkach ogromny wpływ na architekturę tych miejscowości miała w dużej mierze nader liczna zamieszkała jeszcze przed wojną społeczność żydowska. Kiedy usłyszałem o tym, że w mieście była kiedyś synagoga a na „Kircholu” jak warcianie nazywali tą część miasta jest cmentarz żydowski, zacząłem się interesować żydowską przeszłością Warty. Jestem człowiekiem dociekliwym, łatwo się nie poddaje. Niejednej osobie przez tyle lat „wywierciłem dziurę w brzuchu” swoimi pytaniami. Kiedy pierwszy raz poszedłem na Kirchol zobaczyć miejski cmentarz byłem pewny, że zobaczę znane mi już typowe żydowskie macewy wypełnione pismem hebrajskim, który jest mi zupełnie obcy, więc cudów się po tej wizycie nie spodziewałem. Jednak ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że kilka macew jest napisanych w moim ojczystym języku! Radość z tego powodu szybko ze mnie prysła jak tylko przeczytałem pierwszą tablicę. „CHANA ROZA FRIDMAN ze swym niemowlęciem ciężko ranną wpółżywą na tym kirkucie pochowano” … jak to wpółżywą??? Żywcem matkę z dzieckiem pochowali?! Dopiero potem się dowiedziałem, jak to się stało. Spróbowała ucieczki z transportu do Chełmna, postrzelono ją i zostawiono bez opieki. Razem z dzieckiem tu została pochowana. Straszna śmierć… Kolejna tablica rzuca mi się w oczy. Zbiorowa mogiła 10 Żydów powieszonych przez Niemców w 1942 roku. Jakiś czas potem rozmawiałem z naocznym świadkiem tego tragicznego wydarzenia. Mieszkańcy siłą zostali zmuszeni do przyglądania się tej egzekucji. Mój rozmówca miał wtedy 5 lat, niewiele widział, bo matka zasłoniła mu oczy….(O cmentarzu żydowskim możecie przeczytać w temacie „Gimina żydowska w Warcie – przyp. redkacji)
Wstrząśnięty tym, co zobaczyłem czytam napisy na kolejnej macewie i włos unosi mi się na głowie! „Hirsz Gelbart lat 18 powieszony przez Niemców za próbę kradzieży chleba”. Kiedy już myślałem, że już gorszych rzeczy nie zobaczę czytam ostatni polski napis.  „Prawie cudem przeżyli koszmar drugiej wojny światowej, wrócili do Warty chcieli żyć i pracować zastrzelono ich na ulicy dnia 13. XII. 1945 roku”.  W grudniu 1945 roku? Przecież to osiem miesięcy po wojnie! Jak to możliwe?! Niemców przecież w mieście nie było od niemal roku, bo od 20 stycznia 1945! Co tu jest grane? Pytałem, „wierciłem ludziom brzuchy” musiałem się dowiedzieć. Czy poznałem prawdę? Do dziś nie wiem. Oficjalna wersja jest taka: „jakaś tam uzbrojona banda wpada sobie do miasta i tak sobie zabija dwóch powracających z wojny Żydów mieszkańców Warty” koniec cytatu. Mnie taka odpowiedz nie wystarczała. Ja, uparty jak wół, to i jak wół dociągnę sprawę do końca. Nikt mi jednak nie powiedział, że ten „wół” będzie po błocie musiał ciągnąć. Nikt nie chciał ze mną rozmawiać, unikano tematu, zastawiano się brakiem pamięci. W Końcu dotarłem do jednego człowieka, który obiecał poopowiadać mi o warckich Żydach, jeśli przyniosę z sobą „załącznik” do rozmowy. Postaram się jakoś przedstawić tą naszą rozmowę.
„Coś się tak chłopcze tych żydków uczepił? Kto by się nimi dziś przejmował. Oni bogaci byli, no może nie wszyscy. Jednak z sobą tylko trzymali. Myśmy z nimi w jakieś tam zgodzie żyli. Żydzi jakto ludzie, jedni byli uczciwi, inni byli oszustami i krwiopijcami. Mawiali do nas „nasze kamienice a wasze ulice” myśmy młode chłopaki byli, nie raz daliśmy jakiemuś żydkowi po mordzie. Pytasz, kto zaczynał te bójki? Młodzi Żydzi do bicia skorzy nie byli, byli silni, ale w grupie. Jednak zarozumialcy wielcy, mieli się, za kogoś lepszego. Sami twierdzili, że ich wiara lepsza niż nasza, że oni to naród wybrany. Niektórzy bardzo przestrzegali praw mojżeszowych, inni kombinowali jak te zakazy ominąć. W sobotę szabat mieli. Nie wolno było im wykonywać zwykłych czynności domowych. Wiesz, co chłopcze robili? Nas do roboty brali, w piecu trzeba było napalić, wody przynieść. Gosposie im żarcie szykowały, bo im nie wolno było. Moja matka była służącą w jednej rodzinie żydowskiej. Najwięcej roboty miała zawsze w sobotę. Ona dobrze miała, bo to porządni ludzie byli. Ale byli i tacy, co Polaków do roboty nie wzięli. Myśmy im czasem na złość robili, ale jak oni w grupach spotkali któregoś z naszych to dłużni nie byli. Czy pamiętam getto? Mnie wywieziono do Niemiec na roboty. Matka tu została. Opowiadała mi, że kiedyś w nocy przyszła do niej ta jej żydówka, ta, u której pracowała. Przyniosła jej kwiatek, taki w doniczce i błagając na wszystkie świętości prosiła o opiekę nad nim. Matka kwiat przyjęła i stał u nas na parapecie w kuchni. Żydówka wróciła jakiś czasem potem po niego w nocy. Podziękowała i zostawiła parę groszy za fatygę, zapewniając moją matkę, że jak wojna się skończy to matka wróci do niej do pracy. Ku zdziwieniu rano odnaleziono kwiat i rozbitą donicę na naszym podwórku. Nie o kwiat chodziło, ale o to, co było w doniczce!” – w miarę, kiedy ubywało mojego „załącznika”, próbowałem dowiedzieć się więcej.

„Co się stało z tymi dwoma Żydami? Oj tam zastrzelili ich i tyle, świeć Panie nad ich duszą. Kto ich zastrzelił? Widzisz chłopcze… w mieście połowa mieszkańców to byli Żydzi, oni mieli najlepsze domy. Niemcy jak ich wywieźli, pozajmowali te najlepsze. Jednak jak wojna się skończyła mieszkały w nich już nasze polskie rodziny. Z kilku tysięcy warckich Żydów podobno wojnę przeżyło tylko 17. I dwoje z nich wróciło do domu tu do Warty. Myśleli, że będzie po staremu, jak przed wojną. Znowu otworzą swoje sklepy, zakłady czy fabryczki. A ich nikt już tu nie chciał rozumiesz? Komuniści też. Trafili do domu swojego, ale tam już ktoś mieszkał, szukali miejsca dla siebie wszędzie było tak samo, wszędzie ich przeganiano. Czy specjalnie ktoś na nich doniósł, czy to tylko przypadek był nie wiem. Być może ktoś wiedział, gdzie te bandziory stacjonują i poprosił ich o przysługę. Załatwili problem z notariuszem i tyle. Tak ludzie mówią. Co to za banda była? – Przysunął się bliżej mnie i ściszył głos – Komuniści nazywali bandami każdą grupę zbrojną, która przeciwstawiała się władzom ludowym. Tutaj po lasach i polach grasowała banda Groźnego i Orła, ja wiem, że dziś się o nich mówi „żołnierze wyklęci”, bo z komunizmem walczyli, ale ja wiem od ludzi, że to oni, ta grupa zabiła tych dwóch Żydów”

O rety, czy to prawda? To jak jest z tymi naszymi bohaterami? Walczyli z czerwonymi czy z cywilami także? Wolę to zostawić w spokoju. Choć prawdy chciałbym się kiedyś dowiedzieć.

Pozostając w temacie, pamiętam jak mój kolega warcianin opowiadał jak znaleźli z grupką dzieciaków całe zwoje żydowskiej Tory niedaleko mykwy (żydowskiej łaźni). Dzieciaki rzucały się kawałkami pergaminów zapisanych po hebrajsku, niszcząc doszczętnie kawał warckiej historii. Pamiętam też to, że na tych starych kamienicach na ścianach przy drzwiach było widać jeszcze ślady po mezuzach.

Co zrobiło na mnie największe wrażenie w mieście? Dwie rzeczy, najpierw opiszę pierwszą – klasztor ojców Bernardynów. (nasz opis klasztoru w temacie „Klasztor OO. Bernardynów w Warcie” – przyp. redakcji)

Pamiętam, kiedy usiadłem w ławce w tym kościele pierwszy raz. Pan Bóg musi mi dziś wybaczyć, nie wiem, co działo się na tej mszy, nie słuchałem. Patrzyłem, niemal nie oddychając na te wszystkie cuda na ścianach klasztornego kościoła. Ktoś, kiedyś słusznie powiedział „kościoły w Polsce nawet te najmniejsze, to najcenniejsze skarby kultury narodowej”. Jeśli to prawda, to warcki klasztor jest niemal jak Louvre w naszym kraju a może nawet i w Europie. Patrzy na nas niemal 600 lat historii. To niesamowite miejsce zostawia na mnie trwały ślad. Nie będę się tu zagłębiał i opisywał, co widziałem, materiał o tej świątyni jest ogólnie dostępny. Mnie, choć znacznie później zaciekawiły opowieści o kościelnych podziemiach, które podobno ciągną się w stronę rzeki. Podziemia to też katakumby, gdzie spoczywają prochy najznamienitszych włościan i okoliczna szlachta. Znałem osoby, które miały to szczęście wejść do krypt. Mimo, że było to moim marzeniem nigdy mi się to nie udało. Podobno wejścia są dwa. Obecnie jedno z nich, to za ołtarzem głównym zostało trwale zamknięte. Szkoda, że nie zachowały się, żadne fotografie ani opisy.
Na klasztorze odcisnęła swoje piętno też II wojna światowa. Parę lat temu bracia zakonni odkopali w ogrodzie przyklasztornym poniemieckie bunkry. ( film i zdjęcia tych schronów są w temacie o klasztorze – przyp. redakcji) Miałem okazję zobaczyć je osobiście. Zachowały się w idealnym stanie. Szkoda, że nie są dostępne dla zwiedzających i nie stworzono żadnej ścieżki dydaktycznej dla turystów. Zainteresowałem się w Warcie bunkrami już wtedy, kiedy te klasztorne skrywała jeszcze ziemia. Mieszkańcy opowiadali o żelbetowych schronach. Dziś wiem, że należą do linii Stellung. Niemcy wybudowali je w 1944 roku przeciw zbliżającej się już Armii Czerwonej. Mnie zaciekawiły najbardziej dwie niesamowite historie. Tu, gdzie kiedyś stał wiatrak w Warcie, był podobno największy z niemieckich bunkrów. Rozmawiałem z kilkoma ludźmi na jego temat. Często ich zeznania jednak się różniły. Wiadomo było tylko to, że wchodziło się do środka tego schronu. Tam były dwie odnogi podziemnych korytarzy, jeden w stronę Małkowa. Drugi w stronę miasta. Jeden ze znajomych opowiadał mi, że w jednym z tych tuneli był, doszedł dość głęboko (daleko), ale trafił na zalany wodą korytarz, więc musiał wrócić. Drugi świadek w podziemiach znalazł niemiecki hełm. Nikt nie wiedział, dokąd prowadziły te korytarze. Jeden mieszkaniec Dusznik mówił mi o okopach, które były wykopane od tego bunkra i ciągnęły się przez całe wzgórza aż do Małkowa. Jego matka opowiadała, jak to jeden z mieszkańców stracił rękę, kiedy próbował podnieść porzucone pióro. Podobno takich min pułapek było pełno. Bunkier dziś jest zasypany (inni twierdzą, że rozbity). Jednak najciekawsze, na co trafiłem szukając informacji, to rozmowa z pewną mieszkanką Warty. Zapewniała mnie, że jest w posiadaniu zdjęć tego bunkra i obiecała mi je pokazać, (do czego nigdy nie doszło). Mówiła też, że jej mama opowiadała o tym, jak to chciała podać wody do picia, grupie strasznie ubrudzonych kobiet, które pilnował SS- Man z karabinem. One to powiedziały tej kobiecie, że są więźniarkami i kopią coś pod ziemią. Rozmowa została urwana przez SS-mana, który groził karabinem i  o mało dobra kobieta nie skończyła na gestapo za pomoc udzieloną tym więźniarkom. Ludzie opowiadają jeszcze jedną związaną z tym wydarzeniem historię. Tunel podziemny ma prowadzić od właśnie tego zasypanego dziś schronu aż do klasztoru. Wejście do tunelu znajduje się pod betonową posadzką w kapliczce, która służy do przechowywania trumien tuż przed pogrzebem. Takiego wejścia nigdy nie odnaleziono i nikt nie wie, czy ta opowieść jest prawdziwa. Jednak poniemieckich schronów z tamtych czasów jest w Warcie i jej okolicy kilka. Są dziś niemym świadkiem tamtych wydarzeń. (niektóre okoliczne schrony tej linii możecie zobaczyć w temacie OKH Stellung B1 – przyp. redakcji)
Klasztor zaskoczył mnie jeszcze jednym, jak dla mnie nieco dziwnym obyczajem. Tylko raz w roku moi synowie od samego rana czekali już ubrani, kiedy w końcu pójdziemy na mszę do klasztoru. Jako mali chłopcy nie chcieli słyszeć by w święta Bożego Narodzenia iść do kościoła ale w drugie święto nie trzeba było ich namawiać! Święto św. Szczepana w klasztorze w Warcie to dzień, jakiego nigdy w życiu nie miałem okazji doświadczyć. Zwyczajem w ten dzień jest na pamiątkę ukamienowania św. Szczepana sypanie wiernych owsem. Ten zwyczaj ma zapewnić rolnikom obfitość urodzaju w przyszłym roku. Choć zwyczaj ten był mi znany, nie spodziewałem się, że ta tradycja jest w klasztorze niemal formą bitwy na ziarno! I nikt się tu nie obraża, kiedy z przerażeniem odkrywa jak po włosach spadają mu za kołnierz ziarna owsa! Moi synowie wprost nie mogli uwierzyć. Braciszkowie nie szczędzą „tej amunicji” i nie są dłużni swoim wiernym. Ziarno lata w lewo i w prawo.  To trzeba zobaczyć i przeżyć. Dzieciaki mają taką frajdę, że jak kończy się msza to zawsze pada to samo zdanie „a czemu to już koniec?”. Oczywiście, ktoś może zadać pytanie, co robi się potem z tym podeptanym ziarnem. Tłumacze i objaśniam. Ziarno zostaje zamiecione i trafia do koryta zwierząt, nic się nie marnuje.
Jeszcze jednego nie zapomnę do końca życia. Poproszono mnie kiedyś o zrobienie zdjęć wewnątrz kościoła do książeczki wydawanej przez szkołę podstawową. Poprosiłem Ojca Gwardiana o umożliwienie mi wejścia do środka i rozstawienie sprzętu. Ojciec Gwardian, chętnie się zgodził i zostawił mnie zupełnie samego. Nie macie pojęcia, jaki mi prezent zrobił. Mogłem chodzić gdzie chciałem, mogłem przyjrzeć się tym „skarbom” z bliska. Poczuć te 600 lat dosłownie na własnej skórze. Dotknąłem sarkofagu Rafała z Proszowic. Mogłem przytrzeć się najmniejszym detalom, mogłem podziwiać kunszt i mistrzostwo, z jakim wykonano ten sarkofag. Mogłem podziwiać ogromny obraz z XVII wieku wiszący na ścianie kościoła. Obraz robi wrażenie , gdyż jest wielkich rozmiarów! Patrząc na niego wydawało mi się, że przedstawia scenę Chrystusa skazywanego na śmierć. Jednak widoczne w tle postacie zupełnie mi do tego nie pasowały. Nie wiedziałem wtedy, na co patrzę. Potem się okazało, jakie to wyjątkowe działo sztuki! Obraz pędzla wybitnego włoskiego mistrza Tomasza Dolabelli nazwany „Wizja św. Stanisława”.  Scena przedstawiona na tym arcydziele sztuki malarskiej pochodzi z XI wieku. Postać, którą wziąłem mylnie za Jezusa, to Rycerz Piotr Strzemieńczyk (Piotrawin). Ów rycerz miał tuż przed śmiercią sprzedać krakowskiemu biskupowi Stanisławowi ze Szczepanowa, wieś Piotrowin. Rodzina zmarłego pozwała hierarchę przed sąd królewski, zarzucając bezprawne zagarnięcie rycerskiego majątku. Aby wykazać swą niewinność, biskup Stanisław udał się do starego kościółka w Piotrawinie, wskrzesił imć Piotra, który potwierdził prawdziwość dokonanej transakcji, po czym z powrotem ułożył się w trumnie…A teraz wyobraźcie sobie, mistrz Dolabella nie miał pojęcia jak w XI wieku się noszono. Malował swój obraz niemal 500 lat po tym wydarzeniu. Nie wiedząc nic o ubiorze z tamtych lat, swoje postacie „ubrał” na ówczesną XVII wieczną modę! Widzimy, więc na obrazie wygolone po sarmacku głowy szlachciców, charakterystyczne wtedy kontusze i zakrzywione szable. Ech oddałbym wiele by móc zobaczyć ten obraz z bliska.

Te nieograniczone czasem chwile spędzone tam w samotności były dla mnie czymś wyjątkowym i niezapomnianym. Dziękuję Ojcze Gwardianie…  

Drugą rzeczą, która na mnie zrobiła największe wrażenie to wyjątkowo piękna stara droga, biegnąca tuż obok urokliwych przyrodniczo stawów nazywanych tutaj „Pierwszym i Drugim mostem”. O każdej porze roku to miejsce ma swój jedyny i niepowtarzalny klimat. Jednak najpiękniej jest tam wiosną i latem a także jesienią, kiedy drzewa, zwłaszcza jesiony zmieniają swoją barwę na złotą. Jednak mieszanina barw, dźwięków przyrody i zapachu sprawia, że człowiek spacerowałby tą drogą godzinami. Uwielbiałem te chwile, spacerując z psem, rodziną czy samotnie. Wiele razy przyglądałem się wygrzewającymi się w ciepły letni dzień ogromnym karpiom, czy innym rybom. Atrakcją tego miejsca były też żółwie, które na zwalonym drzewie wystawiały swe pancerze w stronę promieni słońca. Dziś to miejsce bardzo się zmieniło wycięto wiele drzew, głównie topoli. Stare były, zagrażały spacerowiczom a i bobry zrobiły swoje okaleczając drzewostan. Miejsce ogromnie straciło na swoim uroku, jednak być może z biegiem lat przywróci się ten niepowtarzalny klimat temu miejscu. Droga ta, to nie tylko wspomnienia walorów przyrody. Wiedziałem z opowieści, że tą drogą uciekali uchodźcy przed nawałą hitlerowską. Wiem z opowiadań jak niemieckie Sztukasy z broni pokładowej siały spustoszenie i śmierć dziesiątkom cywilów uciekających za rzekę, gdzie zgodnie z obietnicami miano zatrzymać niemieckiego agresora. Wody tych dwóch stawów kryją w sobie pewnie niejedną pozostałość po tej masakrze.

Pierwszy most skrywa w sobie jeszcze jedną ciekawostkę. W czasie wojny, kiedy w Warcie wprowadzono administrację niemiecką, jeden z tutejszych niemieckich dygnitarzy miał w tym miejscu przyglądać się pławiącym się rybom.  Nachylił się i z kieszeni wysunął mu się złoty kopertowy zegarek, który z pluskiem zniknął w wodzie. Niemiec sprowadził młodych żandarmów, którzy przez kilka dni nurkowali i przeszukiwali dno stawu. Zguba się nie znalazła i spoczywa na dnie do dziś. Mieszkańcy opowiadali o zatopionych motorach, rowerach i różnych sprzętach domowych. Kto wie, jakie ciekawe eksponaty skrywa w sobie jeszcze ta woda. Przykładem jest czołg Valentine wydobyty parę lat temu ze starorzecza przy nieistniejącym już drewnianym moście na rzece. Nie jestem rodowitym warcianinem, ale wiedziałem dokładnie gdzie ten czołg został utopiony zimą 1945 roku. ( Pan Jacek Kopczyński, który czołg wydobył obiecał mieszkańcom miasta, że kiedy odrestauruje Walentynkę, ta o własnych siłach przejedzie po moście na rzece, co jej się nie udało 70 lat wcześniej – przyp. redakcji) Dziś jak słyszę, że dzięki to temu, czy tamtemu czołg został zlokalizowany to wydaje mi się to po prostu śmieszne. Każdy wędkarz warcki wiedział, gdzie czołgu szukać. Przy niskim stanie wody widać było jego lufę. A moi starsi koledzy opowiadali jak skakali z niej „na główkę” do wody kąpiąc się w tym miejscu latem. Cóż, Walentynka jak się ją dziś czule nazywa na własnych gąsienicach wyjechała po 70 latach z własnego błotnego grobu. Cieszyłem się ogromnie i żałowałem, że mnie przy tym nie było. Jednak dzięki moim przyjaciołom mogłem zobaczyć zdjęcia z tego, jakże ważnego dla miasta wydarzenia. Ta stara droga była jeszcze jednym niemym świadkiem tragicznego wydarzenia z okresu II wojny. Tą drogą jechały ciężarówki nazwane przez SS – Sonderwagen.  Hermetycznie zamknięte wiozły, jako bagaż gazowanych spalinami pacjentów warckiego szpitala. Historia ta wstrząsnęła mną najbardziej. Dopiero po latach udało mi się dowiedzieć jak ta akcja przebiegła. Dzięki mojemu sąsiadowi udało mi się zobaczyć zbiorową mogiłę w lesie w Rososzycy. Spisano tam wszystkie (około 500) nazwiska pomordowanych pensjonariuszy. Świadomość tej tragedii, tego miejsca zostawiła niezatarty do dziś ślad w mojej psychice. Nigdy już tego nie zapomniałem nawet wtedy, kiedy spacerowałem czy tą drogą, czy nawet zbierając grzyby w rososzyckim lesie, zawsze przypominało mi tą straszliwą zbrodnię. W głowie się mi nie mieściło, że to „ludzie ludziom zgotowali ten los” jak pisała Zofia Nałkowska w swych „Medalionach”…( czczegółowy opis tego wydarzenia w temacie „Zagłada pacjentów szpitala w Warcie” – przyp. redakcji)

Pamiętam też moją pierwszą wycieczkę do parku w Małkowie. Wtedy ten piękny dziś pałac to była jedna wielka ruina. W byłych budynkach szpitalnych z tyłu parku, zamierzano otworzyć ośrodek „Monar”. Park był zaniedbany, zarośnięty i powodował we mnie dziwnie uczucia. Te ruiny, te drzewa byłyby idealnym tłem do nakręcenia jakiegoś horroru. Oczywiście musiałem się wypytać moich znajomych o to miejsce. Słyszałem o nim dwie legendy. Podobno kiedyś jakaś ekipa budowlana otrzymała za zadanie wyremontowanie ruin tego niegdyś pięknego pałacu. Ludzie opowiadali, że budowlańcy odkryli jakieś ukryte w murach skarby i mieli razem z rodzinami uciec za granicę zabierając wszystkie wartościowe przedmioty.

Druga legenda budziła zgrozę i uśmiech, jednak osobiście widziałem drzewo, które było świadkiem tej mrocznej opowieści. Podobno, kiedy cały park stał już opustoszały. Pewni młodzi ludzie chcieli wyciąć jedno z parkowych drzew na potrzeby budowy nowej stodoły. Zabrali z sobą piłę ręczną, gdyż spalinowa, choć szybsza narobiłaby zbyt wiele hałasu. Pewnej jesiennej nocy ta grupa spiskowców postanowiła zrealizować swój niecny plan. Kiedy piła przecięła już korę starego drzewa nagle gdzieś z parku dobiegł ich dźwięk końskich kopyt. Robotę przerwano chowając się w krzakach i wypatrując, czy aby ktoś nie doniósł na nich na Milicję. Kiedy okazało się, że są w parku sami wrócili do swojej roboty. Kolejne pociągnięcia ostrza piły i znowu stukot końskich kopyt tym razem już znacznie bliżej. Słychać też było odgłosy zaprzęgu. Ta sama sytuacja, przerwano cięcie i schowano się w gęste w tym miejscu krzaki. Jednak tak jak poprzednio nastała kompletna cisza. Chłopcy, choć lekko przestraszeni wrócili do roboty. Chwile nic się nie działo, piła zagłębiała się w drzewo coraz bardziej, jednak nagle tuż obok nich usłyszeli dźwięk pędzącego galopem konia ciągnącego jakiś zaprzęg. Ten pojazd, choć niczego nie widzieli miał przejechać tuż obok nich! Słyszeli wyraźnie stukot kopyt i dźwięk toczących się kół zaprzęgu. Wszystko to ich tak wystraszyło, że zostawili niemal w połowie nacięte drzewo razem z piłą i uciekli do domu. Drzewo do dziś nosi ślad po pile… zainteresowanych pałacem w Małkowie zapraszamy na oficjalną stronę Zespołu Pałacowo-Parkowego w Małkowie – przyp. redakcji)

Kiedy myślę o tym mieście i czasach wojennych przypomina mi się wieś Glinno. Moją ulubioną trasą rowerową było przejechanie mostu na rzece i potem wałem przeciwpowodziowym jechało się w stronę przepompowni na Glinnie. Tam obok niej spotkałem jeden z, jak się potem okazało, sześciu schronów pobudowanych na prawym brzegu rzeki. Dla mnie to była ogromna niespodzianka. Słyszałem o nich, ale nikt nie umiał mi powiedzieć, kto je wybudował i kiedy. Wracałem tam wielokrotnie, bogatszy o coraz nowsze informację, co do ich przeznaczenia. Tak się dowiedziałem, że zbudowano je tuż przed wybuchem wojny, że były to nasze polskie bunkry. Zwiedziłem je wszystkie, czasem razem ze swoimi synami. Musiałem zwiedzić i cmentarz zwłaszcza mogiłę żołnierzy poległych na polach Glinna i okolicznych wsi. Nie był wtedy tak Internet powszechny jak jest dziś. Nie można było sobie wpisać w Google by się szybko czegoś dowiedzieć.  Wszystko trzeba było wyciągać od ludzi. Słyszałem też ciekawą opowieść mojego przyjaciela, który razem z Stowarzyszeniem „Pomost” poszukiwał często bezimiennych mogił niemieckich żołnierzy. Takie prace prowadzono również na cmentarzu w Glinnie. Do ekipy ekshumacyjnej miał podejść jakiś starszy człowiek. Wskazał on miejsce gdzie nie było żadnego grobu i twierdził, że tu pochowano niemieckiego oficera. Kiedy dokopano się do szczątków. Znaleziono kawałki munduru, czapki, butów oficerskich. Co ciekawe, tu gdzie powinny być plecy znaleziono odbezpieczony granat ręczny. Pewnie niespodzianka pozostawiona dla hien cmentarnych.

Glinno to też, jak się potem okazało miejsce po nieistniejącym już drewnianym kościele. Tam poczułem prawdziwe dreszcze, kiedy w gęstwinie krzaków bzu wypatrzyłem drewniany krzyż z Chrystusem zrobionym z kawałów drzewa. Nie wiem, kto to zbudował i dlaczego akurat w tym miejscu (o kościele wtedy nie wiedziałem), różnie ludzie opowiadali, że jakaś grupa studentów stworzyła to niezwykłe dzieło, a to, że ktoś inny. Prawdy nie znam. Tego krzyża już dziś nie ma. Uwielbiałem Glinno, kiedy jeździłem tam rowerem. Świetna trasa, spokojna i urokliwa i jakby ludzie tu żyli jakoś wolniej. Moją stałą trasą był dojazd do szkoły w Brzegu. Wybudowano ją na wysokiej skarpie, tuż za nią można było napawać oczy przepięknym widokiem na cały zalew! Turystów tu nie było, nie ma tu plaż ani innych atrakcji. Czasem można było popatrzeć na żaglówki pływające po mieniącej się w słońcu tafli jeziora…

Z czasem poznawałem coraz bardziej to miasto. Choć na szereg pytań nigdy nie znalazłem odpowiedzi. Pamiętam jak wieczorami z rodziną chodziliśmy na cmentarz 1 listopada. Cmentarz w Warcie jest położony na wysokim wzniesieniu. Latem z jego szczytu rozpościera się widok na całą okolice i panoramę miasta. W dniu Wszystkich Świętych góra mieni się tysiącami światełek zniczy. Jednak moją uwagę zwróciło coś dziwnego. Tuż przed cmentarzem po prawej stronie idąc od miasta, jest taki plac porośnięty miejscami krzakami. Dziś zrobiono tam parking. Wtedy na niewielkiej polance stały drewniane sklecone na szybko bramki do piłki nożnej. Zauważyłem przez kilka lat, że zawsze właśnie 1 listopada na środku tego boiska ktoś zapalał znicz. Próbowałem oczywiście się dowiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Na osobę, która zapalała te lampki nigdy trafić nie mogłem. Pytałem i pytałem, nikt mi nie umiał odpowiedzieć. Raz usłyszałem tylko od jednego starszego pana „tu podobno jacyś Niemcy leżą, ale nic więcej nie wiem”. Ja też się nigdy nie dowiedziałem…

Zawsze lubiłem robić sobie wycieczki rowerowe. Słysząc legendy o Łysej Górze i Kościelnej Górce postanowiłem tym razem zwiedzić te rejony. Moją uwagę zwróciło niewielkie wzniesienie z samotnym drzewem po lewej stronie od cmentarza. Rowerem dojechać nie szło, wiec idąc pieszo trafiłem na samotny opuszczony niemiecki schron z otworem strzelniczym na górze. To była kolejna zagadka. Dopiero długo potem udało mi się dowiedzieć, że to schron typu Tobruk – Ringstand 58c. A ten otwór służył do mocowania karabinu maszynowego, choć czasami montowano w nich wieżyczkę czołgową lub stanowisko obserwacyjne. Dla mnie to było jak odkrycie Bursztynowej Komnaty! Dotykałem go i cieszyłem się, że mogę wejść do środka. Dziś śladu po nim nie ma. Wchłonęła go pobliska kopalnia żwiru. Droga przez całkowicie odludny teren do Łysej Góry jest wielkim przeżyciem. Dziś jeżdżą tam niemal non stop ciężarówki mozolnie tocząc na swych barkach tony żwiru. Kiedyś tam było zupełnie spokojnie. Słyszałem legendy o czarownicach z Łysej Góry. Może ta świadomość dawała mi jakieś niepokojące odczucie, że nigdy tam nie byłem całkiem sam? Miejsce bardzo piękne, w letnie dni widać nawet dym z kominów elektrowni Bełchatów. Mnie strasznie przeszkadzało, że widok psuły drzewa rosnące od zachodniej strony góry. Gdyby Łysa Góra naprawdę była łysa widok byłby o wiele lepszy…

Co jeszcze pamiętam? Budowałem garaż taki z metalu. Pod rogi konstrukcji w celu jej wzmocnienia chciałem podłożyć jakieś bloczki betonowe. Dziś dostać je to łatwizna, ale wtedy jedynie Sieradz. Mój teść przyniósł jakieś cztery metalowe skrzynki używane przez niego, jako pojemniki na ziarno dla gołębi. Wtedy mój ojciec, który mi pomagał w budowie wpadł na pomysł, napełnienia ich betonem i w ten sposób uzyskamy trwałe i mocne podpory pod rogi garażu. Mój błąd przyznaje się, nie przyjrzałem się tym skrzynkom. Kiedy w wróciłem z miasta, skrzynki były już zalane i stała na nich metalowa konstrukcja garażu. Wtedy przyjrzałem się dokładniej tym skrzynkom i mnie olśniło! Zalaliśmy betonem skrzynki o nazwie Patronenkasten i były to pojemniki dla niemieckich karabinów maszynowych MG…

Kiedy na mojej ulicy kopano kanalizację, w pewnym momencie przerwano pracę. Widziałem z okna jak pracownicy pokazywali coś palcem w wykopie. Poszedłem zobaczyć i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem na dnie wykopu kompletny szkielet konia! Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale ten koń nie był od tak sobie zasypany. Gdy na wsi zdechł koń, wykopywano dziurę w ziemi wpychano truchło do dołu i zasypywano. Słyszałem z dzieciństwa, że często zwłoki zwierząt wrzucano do dołu z gaszonym wapnem. Wapno rozpuszczało doszczętnie szczątki zwierzęcia, a w efekcie potem było bardziej cenione w murarce, gdyż jak mawiano „było bardziej tłuste”. Tu, w tej mogile koń został po śmierci ułożony z całą pieczołowitością, by nie powiedzieć nawet troską. Choć niewiele mogłem zobaczyć nie schodząc do wykopu odważę się powiedzieć, że konia pochowano rytualnie. Jeden z pracowników mówił, że widział przy szkielecie jakieś naczynia. Szkielet konia ze starannie ułożonymi kopytami leżał dwa metry pod dzisiejszą drogą. Niemal blisko centrum miasta! Czy można oszacować wiek znaleziska? Gospodarz, czy jakiś woźnica nie zakopałby przecież konia w miejscu, gdzie zabudowania miejskie sięgają XIX wieku. Nikt nie wie jak wyglądało miasto poniżej 1800 roku. Kto aż tak umiłował własnego konia, że taki pogrzeb mu wyprawił? Odważę się w swoich domysłach sięgnąć nawet średniowiecza. Może jakiś rycerz stracił swojego ukochanego wierzchowca i zażyczył sobie by go pochowano jak na konia rycerskiego przystało? A może ta końska zagadka sięga jeszcze dalej w przeszłość? Może te naczynia, których niestety niedane mi było zobaczyć pochodziły jeszcze z dawniejszych czasów np.  neolitu? Kiedy wznowiono pracę koparki oczywiście poproszono mnie bym już nie przeszkadzał w robocie. Jednak łycha koparki wyrzuciła niemal mi pod nogi wielki koński gnat, który ku uciesze pracowników zabrałem z sobą. Żałowałem, że nie jestem fachowcem w tej dziedzinie, po zwykłej kości nie umiałem określić jej wieku. Położyłem na dachu swojego garażu ten wielki gnat chcąc pokazać go moim dzieciom jak wrócą ze szkoły. Przypomniał mi się, kiedy już spały! Bałem się, że w nocy deszcz zniszczy moje trofeum. Kiedy chciałem chwycić ręką za kość ta rozsypała mi się dosłownie w rękach…

Jeszcze jedno ciekawe zdarzenie mi się przypomniało. Na mojej ulicy do dziś stoi przedwojenny jednopiętrowy budynek. W czasie wojny w tym budynku zamieszkała niemiecka lekarka, fanatyczna nazistka. Kiedy na przedpolach miasta pojawiła się Armia Czerwona. Lekarka zabrała z kamienicy wszystkie swoje rzeczy. Nikt nie wie, czy przypadkiem, czy specjalnie nad miasto naleciał niemiecki samolot. Zrzucił on bombę na ten budynek. Całą ulicą wstrząsnęła potężna eksplozja, która dosłownie zmiotła całe piętro budynku. Niemka razem z niewielką uzbrojoną grupą SS-manów, schowała się na jednej z kościelnych wież. Jednak, ktoś doniósł Rosjanom o ich kryjówce. Niemcy zaczęli się bronić i ostrzeliwać. Z tej wysokości mieli doskonałe pole ostrzału. Fanatyzm jej, i jej towarzyszy był bezcelowy. Nie mogła wygrać walki z doskonale zaprawionymi w boju radzieckimi żołnierzami. Chwała Bogu, że sowieci nie podciągnęli artylerii, gdyż klasztor mógł bardzo ucierpieć od ciężkiego ostrzału. Walka długo nie trwała. Niemkę i jej kolegów szybko zabito, ciała ułożono na placu klasztornym. Z martwą lekarką Rosjanie zabawili się jeszcze w sposób, który nie chce tu opisywać, mimo, że znam szczegóły od osoby, która wskazała Rosjanom gdzie ukryła się lekarka…

Pozdrawiam całą Redakcję 


Opisując historię miasta nie sposób nie wspomnieć o znanych postaciach związanych z tym miastem.

Stanisław Jakub Skarżyński (ur. 1 maja 1899 w Warcie, zginął 26 czerwca 1942 na Morzu Północnym) – pułkownik pilot Wojska Polskiego, kawaler Orderu Virtuti Militari, pierwszy Polak, który przeleciał Atlantyk, ustanawiając przy tym światowy rekord odległości lotu.

Młodość i początek służby wojskowej

Dzisiaj II Liceum Ogólnokształcące im. Tadeusza Kościuszki w Kaliszu. Latach 1906–1914 Kaliska Szkoła Handlowa

Był synem Władysława i Wacławy z Kozłowskich. W latach 1908–1914 uczęszczał do Szkoły Handlowej w Kaliszu (dzisiejsze II Liceum Ogólnokształcące im. Tadeusza Kościuszki w Kaliszu). Na krótko powrócił do rodzinnej Warty. Następnie udał się do Włocławka, gdzie uczył się w latach 1915-1918 we Włocławskiej Szkole Handlowej, przekształconej wtedy w Gimnazjum Realne (ob. I LO im. Ziemi Kujawskiej). Uzyskał tam maturę. Interesował się lotnictwem i modelarstwem lotniczym oraz działał w szkolnych organizacjach niepodległościowych. W latach 1916–1917 był członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej (wstąpił do POW 7.4.1916 r.). 26.8.1918 r. rozpoczął studia na Wydziale Chemii Politechniki Warszawskiej. W listopadzie 1918 wstąpił ochotniczo do Wojska Polskiego, dowodził akcją rozbrajania żołnierzy niemieckich i przejmowania od Niemców władzy w Warcie. Walczył następnie w wojnie polsko-bolszewickiej w 29 Pułku Strzelców Kaniowskich, uzyskując w 1919 stopień podporucznika. Został postrzelony, lecz po wyleczeniu powrócił na front. 16 sierpnia 1920 został poważnie ranny w nogę w bitwie pod Radzyminem. Za udział w niej otrzymał Srebrny Krzyż Virtuti Militari. Zakażona rana wymagała długiej i uciążliwej rekonwalescencji. Choć Skarżyńskiemu udało się uniknąć trwałego inwalidztwa, to od tej pory utykał na nogę. Lotnicza kariera Skarżyńskiego zaczęła się w efekcie zbiegu okoliczności, gdyż na skutek niezdolności do dalszej służby w piechocie, jedyną szansę na pozostanie w wojsku znalazł w lotnictwie, chociaż i tam początkowo lekarze wojskowi stawiali mu przeszkody. Po usilnych zabiegach z jego strony, udało mu się jednak uzyskać zgodę na przeniesienie do lotnictwa.

Początek kariery lotniczej

Pierwsze kroki pilotażowe stawiał w Szkole Pilotów w Bydgoszczy. Podczas pierwszego lotu jego samolot zapalił się, udało mu się jednak wylądować. Szkołę lotniczą ukończył w 1925, po czym uzyskał przydział do 1 Pułku Lotniczego w Warszawie. 1 stycznia 1927 uzyskał awans na stopień kapitana pilota. Od czerwca 1928 do stycznia 1930 dowodził 12 Eskadrą Liniową (Lotniczą). W tym czasie odbył również staż w lotnictwie rumuńskim. Jego ideą stały się wkrótce dalekie przeloty sportowe.
Między 1 lutego a 5 maja 1931 wraz z por. Andrzejem Markiewiczem wykonał na polskim samolocie PZL Ł.2 (SP-AFA) rajd dookoła Afryki, pokonując dystans 25 770 km i stając się lotnikiem znanym w Polsce, a także na świecie.  Lot obfitował w wiele problemów z silnikiem, który dwa razy był demontowany z płatowca. W pobliżu miejscowości Ribérac we Francji, doszło np. do urwania tłoka w cylindrze i Skarżyński dokonał trudnego lądowania awaryjnego na zboczu polanki wśród zadrzewionych pagórków. Nie zdecydował się jednak na wymianę poważnie uszkodzonego silnika, chciał wrócić na tym samym, naprawionym.

01.02 – 05.05.1931 r. kpt. Stanisław SKARŻYŃSKI wraz z por. Andrzejem MARKIEWICZEM na pokładzie polskiego samolotu PZL Ł-2 odbywają rajd dookoła Afryki, pokonując dystans 25 770 km. Dzięki temu wyczynowi SKARŻYŃSKI staje się lotnikiem znanym nie tylko w Polsce, ale i poza jej granicami. Trasa przelotu obejmowała m. in.: Warszawę, Belgrad, Ateny, Kair, Chartum, Kisumu, Abercon, Elisabethville, Luebo, Leopoldville, Lagos, Abidjan, Bomako, Dakar, Port Etienne, Agadir, Villa Ciseros, Casablacę, Alicante i Paryż.

Lot przez Atlantyk

RWD-5bis Stanisława Skarżyńskiego

Samolot RWD – Pomnik. Archiwum RGH

8 maja 1933 na jednomiejscowym samolocie polskiej konstrukcji, RWD-5bis (znaki SP-AJU), przebudowanym z samolotu turystycznego, jako pierwszy Polak przeleciał przez Ocean Atlantycki – z zachodniego wybrzeża Afryki (Saint Louis w Senegalu) do Maceió w Brazylii. Wystartował do lotu 7 maja o godz. 23:00. Przelot trwał 20 godz. 30 min., z czego 17 godz. 15 min. nad oceanem. W ten sposób – wynikiem 3582 km – ustanowił międzynarodowy rekord odległości w klasie II samolotów turystycznych, o masie własnej do 450 kg. Do legendy przeszedł m.in. fakt, iż Skarżyński odbył lot w garniturze, a nie kombinezonie pilota. Za swój wyczyn otrzymał w 1936 od Międzynarodowej Federacji Lotniczej (FAI) Medal Louisa Blériota za rekord na odległość w pierwszej edycji, przyznawany za rekordy (prędkości, pułapu, odległości lotu) w lotnictwie lekkim.

Przelot nad południowym Atlantykiem był etapem na trasie Warszawa-Rio de Janeiro, pokonanej między 27 kwietnia a 24 czerwca 1933. Jej długość wynosiła 17 885 km. W Brazylii odwiedził też inne miasta, entuzjastycznie witany przez mieszkańców, zwłaszcza skupiska Polonii. Następnie poleciał do rodaków w Buenos Aires. Do Europy powrócił statkiem wraz ze swoim „rekordowym” samolotem i nim – z francuskiego Boulogne – odleciał do Warszawy (z międzylądowaniem na podłódzkim lotnisku „Lublinek”, gdzie powitała go m.in. żona), kończąc 2 sierpnia 1933 rajd o łącznej długości 18 305 km.

Dalsza służba wojskowa i II wojna światowa

1 stycznia 1934 awansował do stopnia majora. Ukończył następnie Wyższą Szkołę Lotniczą i dowodził dywizjonem liniowym, a w 1938, w stopniu podpułkownika pilota, został zastępcą dowódcy 4 Pułku Lotniczego w Toruniu. Zajmował się także organizacją lotnictwa sportowego. W marcu 1939 został przydzielony do Inspektoratu Armii w Toruniu, w charakterze oficera odcinkowego z zadaniem opracowania planu użycia lotnictwa i obrony przeciwlotniczej Armii „Pomorze”. 26 kwietnia 1939 został prezesem Aeroklubu Rzeczypospolitej Polskiej. W sierpniu 1939, w czasie mobilizacji alarmowej objął stanowisko szefa sztabu w Dowództwie Lotnictwa i OPL Armii „Pomorze” i pełnił je w czasie kampanii wrześniowej.
W sierpniu 1939 został skierowany do Rumunii, jako zastępca attaché lotniczego, gdzie organizował przerzuty polskich lotników do Francji. Następnie w 1940 sam się tam przedostał i brał udział w organizacji lotnictwa polskiego. Po upadku Francji kierował ewakuacją polskich pilotów z St Jean de Luz do Wielkiej Brytanii, gdzie został mianowany komendantem Polskich Szkół Pilotów w Hucknall i następnie w Newton. Na jego prośbę, skierowano go do odbycia tury lotów bojowych, jako Dowódcę Bazy Lotniczej RAF Lindholme i pilota w polskim 305 Dywizjonie Bombowym.

Replika RWD

1 stycznia 1934 roku SKARŻYŃSKI awansuje do stopnia majora. Następnie kończy Wyższą Szkołę Lotniczą i pełni obowiązki dowódcy dywizjonu liniowego, aby w 1938 roku w stopniu podpułkownika objąć stanowisko zastępcy dowódcy 4. Pułku Lotniczego w Toruniu.
SKARŻYŃSKI angażuje się w organizowanie lotnictwa sportowego, by 26 kwietnia 1939 roku objąć funkcję Prezesa Aeroklubu Rzeczpospolitej Polskiej.
Na wypadek wojny SKARŻYŃSKI miał objąć stanowisko szefa sztabu dowództwa lotnictwa Armii Pomorze, lecz w sierpniu 1939 roku zostaje oddelegowany do Rumunii jako zastępca attache lotniczego. Początkowo organizuje przerzuty polskich lotników z Rumunii do Francji, następnie sam w 1940 roku sam przedostaje się nad Sekwanę. Po upadku Francji, przedostaje się na pokładzie statku „Batory” na wyspy brytyjskie, gdzie zostaje mianowany komendantem Polskiej Szkoły Pilotów w Newton. Lata w polskim 305 dywizjonie bombowym i pełni obowiązki komendanta bazy lotniczej w Lindholme. Na własną prośbę zostaje skierowany do odbycia tury lotów bojowych.
25 czerwca 1942 roku ppłk Stanisław SKARŻYŃSKI wystartował na nocnym bombowcu Wickers Wellington MK II nr 8528 w swój ostatni lot bojowy. Celem wyprawy 1 000 samolotów alianckich była Brema. Niemiecka obrona przeciwlotnicza na trasie i nad miastem była bardzo silna. Przed dotarciem do celu wyprawy maszyna została kilkakrotnie trafiona, a odłamki pocisków raniły SKARŻYŃSKIEGO w obie nogi. Samolot dotarł jednak do celu, po zrzuceniu bomb zawrócił, biorąc kurs do bazy.
W drodze powrotnej pilotowany przez SKARŻYŃSKIEGO samolot ulega awarii i przymusowo woduje w odległości 25 km od Great Yarmouth w Norfolk. SKARŻYŃSKI posadził samolot na falach i dał rozkaz do opuszczenia maszyny przez załogę. Czterej jej członkowie uratowali się korzystając z gumowej łodzi ratunkowej. SKARŻYŃSKI znalazł się, niestety, po przeciwnej niż łódź ratunkowa stronie kadłuba samolotu. To uniemożliwiło wszelki ratunek pilota – inwalidy. Ciało bohatera zostało wyrzucone przez morze na holenderską wyspę Terschelling. Zwłoki znaleźli Niemcy i przekazali mieszkańcom jedynego na tej wyspie miasta West, a ci pochowali je z honorami na miejscowym cmentarzu w mogile nr 62.

Prochy Stanisława SKARŻYŃSKIEGO spoczywają obok 16-tu lotników polskich oraz lotników i marynarzy Anglii, Kanady, Nowej Zelandii, którzy zginęli w II wojnie światowej.
SKARŻYŃSKI rozsławił imię Polski jako żołnierz i pilot-bohater. Otrzymał wiele odznaczeń: Order Virtuti Militari, Krzyż Niepodległości, Order Odrodzenia Polski IV klasy, Krzyż Walecznych (3-krotnie), Złoty i Srebrny Krzyż Zasługi, Order Francuskiej Legii Honorowej, Węgierski Krzyż Zasługi, Polską Odznakę Pilota, Francuską Odznakę Pilota i Rumuńską Odznakę Pilota.

Był autorem książek „25 770 km ponad Afryką” (1931 r.) „Na RWD-5 przez Atlantyk” (1933 rok).

Warta ulica Sieradzka. Tablica pamiątkowa na budynku w którym urodził się Stanisław Skarżyński. Archiwum RGH

miejsce narodzin Stanisława czasy przedwojenne

ta sama kamienica w 2007 roku. Archiwum RGH

Stanisław SKARŻYŃSKI został pośmiertnie mianowany na stopień pułkownika (Zarządzenie Naczelnego Wodza nr L Dz. 361/64/L mianowanie z dniem 1 stycznia 1964 r.) oraz odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski (Polonia Restituta) II Klasy.
Po wielkim bohaterze zostały pamiątki. W rodzinnej Warcie imię SKARŻYŃSKIEGO nosi ulica, przy której stoi dom – miejsce urodzenia naszego lotnika. Patronem szkoły w Warcie jest także Stanisław SKARŻYŃSKI. Również w Warcie stoi model samolotu RWD-5, na którym SKARŻYŃSKI przeleciał Atlantyk.
Rozkazem MON nr PF 9/MON z dnia 07.03.1985 r. płk pil. Stanisław SKARŻYŃSKI został patronem 13. Pułku Lotnictwa Transportowego. W Krakowie imię sławnego lotnika nosi Szkoła Podstawowa nr 128 (od 1973 roku), Gimnazjum nr 11, XXIII Liceum Ogólnokształcące, 88 Drużyna Harcerzy, Szczep „Kolorowy” a także 13. Krakowska Eskadra Lotnictwa Transportowego.
W 2000 roku miano SKARŻYŃSKIEGO nadano Szkole Podstawowej w Olkuszu.
Białystok, Bielsko-Biała, Bydgoszcz, Dęblin, Gdańsk, Grudziądz, Kalisz, Kraków, Łowicz, Łódź, Mielec, Poznań, Radom, Stargard Szczeciński, Starogard Gdański, Śmigiel, Świdnik, Warszawa, Warta, Włocławek, Wrocław należą do grona miast, w których ulicom nadano imię SKARŻYŃSKIEGO.
Na mocy Decyzji Ministra Obrony Narodowej Nr 272/MON z dnia 10 sierpnia 2009 r. 8. Baza Lotnicza w Krakowie-Balicach przyjmuje imię płk pil. Stanisława Jakuba SKARŻYŃSKIEGO.

Pomnik pilota Stanisława Skarżyńskiego na warckim rynku

W dniu 28 lutego 2012 roku Sekretarz Stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej Czesław Mroczek podpisał Decyzję nr 53/MON w sprawie przejęcia dziedzictwa tradycji i sztandaru 8. Bazy Lotniczej, nadania imienia patrona oraz ustanowienia dorocznego święta 8. Bazy Lotnictwa Transportowego.


 

Zygmunt Andrychiewicz

 

Śmierć artysty – Ostatni przyjaciel

Zygmunt Andrychiewicz (ur. 1861 w Justynowie, zm. 1943 w mieście Warta lub we wsi Małków w powiecie sieradzkim) – polski malarz.

Życiorys

Naukę malarstwa rozpoczął w warszawskiej Klasie Rysunkowej. W latach 1884-1886, dzięki stypendium Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, kontynuował studia pod kierunkiem Władysława Łuszczkiewicza i Izydora Jabłońskiego w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie. Dzięki stypendium w latach 1887-1892 studiował w Paryżu w Académie Colarossi u G.Colina i w Académie Julian u Williama-Adolfa Bougereau i Tony Roberta-Fleury. W Paryżu mieszkał przez pewien czas wraz z Władysławem Ślewińskim.

W 1918 powrócił do Warszawy, gdzie udzielał lekcji rysunku w swojej pracowni. Potem uczył w szkole malarstwa Heleny Tokarzewskiej. Zamieszkał we wsi Małków nad Wartą w powiecie sieradzkim.

Twórczość i wystawy

Swoje obrazy prezentował na wielu wystawach, m.in. od 1886 w galerii Zachęta i w warszawskim salonie Krywulta, w latach 1889 i 1900 na Wystawach Powszechnych w Paryżu. W latach 1899-1918 kilkakrotnie odwiedzał Włochy i Francję; wiele lat przebywał w Paryżu. W grudniu 1903 był kierownikiem artystycznym wystawy, gdzie pokazane były m.in.: Fałszywe blaski, Autoportret, O zachodzie słońca, Nad Sekwaną (wystawa miała miejsce w prywatnym domu inż. J.S. Pomianowskiego w Sosnowcu). W 1929 wystawiał na Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu.


Stanisław Szukalski, pseud. Stach z Warty (ur. 13 grudnia 1893 w Warcie, zm. 19 maja 1987 w Burbank) – polski rzeźbiarz, malarz, rysownik, projektant i teoretyk, przywódca Szczepu Rogate Serce. Działał głównie na terenie Stanów Zjednoczonych. Poza licznymi dziełami artystycznymi, stworzył też koncepcję o pochodzeniu starożytnych Polaków (Lechitów) uważaną obecnie za pseudonaukę o nazwie zermatyzm. Był jedną z najbarwniejszych postaci w życiu artystycznym międzywojennej Warszawy i Krakowa. 
Rodzice Stanisława Dyonizy oraz Konstancja z Sadowskich, po ślubie ok. 1889 roku, w obawie przed aresztowaniem Dyonizego (który był działaczem polskiej organizacji socjalistycznej), wyjechali do Brazylii. Tam, w Rio de Janeiro, w 1891 roku urodziła się córka, Alfreda. Po trzech latach rodzina wróciła do Warty (k. Sieradza), gdzie 13 grudnia 1893 roku przyszedł na świat Stanisław Szukalski.
Skromne dochody ojca nie zapewniały właściwego poziomu życia rodziny. W 1894 roku Dyonizy wyjechał do Afryki Południowej. Tam, po kilku latach pobytu, wziął w 1899 roku udział w II wojnie burskiej, walcząc przeciwko Brytyjczykom. Od czasu do czasu przysyłał rodzinie do Warty skromne sumy. Po upadku powstania Burów, w 1902 roku Dyonizy wrócił do Polski i kupił kilka mórg ziemi w Gidlach (k. Radomska).
Stanisław Szukalski uczęszczał do szkoły powszechnej, następnie do szkoły Fabijaniego w Radomsku. Już w czasie pobytu w Gidlach Stanisław wykonywał małe rzeźby w drewnie i kamieniu „dla dziewczynek”. Około 1903 roku ojciec ponownie wyruszył w świat, tym razem do Stanów Zjednoczonych, dokąd wkrótce ściągnął żonę i dzieci. W nowym miejscu zamieszkania mały Stanisław jeszcze bardziej interesował się rzeźbą. Już jako 13-letni chłopiec uczęszczał do Chicago Art Instutute. Tam zwrócił uwagę nauczycieli na swój nieprzeciętny talent rzeźbiarski.
Sytuacja materialna Szukalskiego poprawiła się z chwilą zawarcia w 1923 roku związku małżeńskiego z młodą malarką Heleną Walker. Okres trwania tego związku to czas niezwykle owocnej pracy twórczej. W 1923 roku została wydana w Chicago pierwsza monografia artysty pt. The Work of Szukalski. W tym samym roku Szukalski przyjechał do Polski ze swoim dorobkiem, który przedstawił na wystawie w warszawskiej Zachęcie. Prace Szukalskiego zostały przyjęte z zachwytem, pojawiły się także głosy krytyczne. Jego prace, szczególnie rzeźby, były określane jako „brawurowo wykonane”, „z dużą biegłością techniczną”, lecz także jako „anty naturalne, noszące piętno plastyki egipskiej, wschodnioazjatyckiej czy meksykańskiej” oraz „naśladujące rzeźby Rodina”. Szukalski nigdy nie zgadzał się z tymi opiniami.
 Ogólny zachwyt budziły jego rzeźby głów, „impresjonistyczne w charakterze”. Okres twórczości do 1923 roku uznany został przez niektórych krytyków za okres poszukiwań przez artystę rozwiązań problemów plastycznych.
W grudniu 1923 roku Szukalski wyjechał z Polski, podróżował i zwiedzał wraz z żoną Włochy i Francję, gdzie na krótko zamieszkał.
W 1925 roku na Międzynarodowej Wystawie Nowoczesnej Sztuki Dekoracyjnej w Paryżu artysta otrzymał Grand Prix za brązy, Dyplom Honorowy za projekty architektoniczne oraz Złoty Medal za rzeźbę w kamieniu. Polska prasa odniosła się do sukcesu Szukalskiego obojętnie, także krytycznie (p. artykuł J. Iwaszkiewicza, „Wiadomości Literackie”, 1925, nr 25).
W 1925 roku artysta wykonał konkursowy projekt pomnika Adama Mickiewicza dla Wilna, który – wśród nadesłanych 67 prac – otrzymał pierwszą nagrodę większością głosów. Pomnik ten przedstawia poetę karmiącego krwią swego serca olbrzymiego orła. Rzeźba, podobnie jak jej granitowy pomnik, nacechowana jest stylem właściwym Szukalskiemu, nawiązującym do sztuki Inków. Po ogłoszeniu werdyktu jury i wystawieniu pracy, rozpętała się burzliwa dyskusja, doprowadzając do zaniechania realizacji nagrodzonego projektu.
Szukalski uczestniczył w konkursie na monetę polską, w którym otrzymał jedno z trzech wyróżnień. Na skutek nieporozumień między Szukalskim a czynnikami oficjalnymi, poza próbną edycją, do realizacji monet nie doszło.
W styczniu 1926 roku artysta wrócił do Paryża, do żony, która urodziła córkę – Kalinkę.
W 1928 roku Szukalski przyjechał do Krakowa, a w następnym roku wystawił w Pałacu Sztuki 98 rysunków i 34 rzeźby, w większości z okresu 1914-1923. W czasie wystawy wygłosił przemówienie, napastujące i krytykujące sfery artystyczne i kulturalne Polski. Jako odzew na to wydarzenie pojawiły się liczne opinie, bądź to wychwalające Szukalskiego, bądź negujące wartość jego twórczości. Artysta odpowiada szeregiem ostrych w treści i formie artykułów (m.in. „Biała zaraza w Krakowie”).

W tym czasie z ideami Szukalskiego zetknęło się wielu studentów krakowskiej Państwowej Szkoły Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego, którzy później niejednokrotnie inspirowali się twórczością Stacha z Warty. Byli to m.in. Wacław Boratyński, Stanisław Gliwa, Stefan Żechowski i Józef Gosławski, z czego trzej pierwsi wstąpili później do Szczepu Rogate Serce.


Witold Łuniewski

Witold Aleksander Robert Łuniewski (ur. 15 stycznia 1881 w Warcie, zm. 21 stycznia 1943 w Tworkach) – polski lekarz psychiatra. Docent psychiatrii sądowej i psychopatologii kryminalnej Instytutu Higieny Psychicznej i Uniwersytetu Warszawskiego, prekursor polskiej szkoły psychiatrii sądowej i psychiatrii penitencjarnej, założyciel i dyrektor szpitala psychiatrycznego w Warcie i dyrektor Szpitala Tworkowskiego (1919–1939). Współtwórca Państwowego Instytutu Pedagogiki Specjalnej. Wielki mistrz wolnomularskiej Wielkiej Loży Narodowej Polskiej.

Syn rejenta Hipolita Roberta Łuniewskiego (1845–1933) i Marii z Dłużniakiewiczów (1859–1916). Uczęszczał do gimnazjum w Kaliszu, po jego ukończeniu w roku 1900 rozpoczął studia medyczne na Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim. Po strajku studenckim w 1905 roku i zamknięciu uczelni ukończył studia na Uniwersytecie w Kazaniu, składając egzamin państwowy w 1906 roku. W 1907 roku przez kilka miesięcy pracował w klinice neurologiczno-psychiatrycznej Uniwersytetu Jagiellońskiego u Jana Piltza. Z powodu choroby (gruźlica kręgosłupa) wyjechał do sanatorium w Davos, pracował tam również jako asystent Eugena Nienhausa i ogłosił pracę o zaburzeniach nastroju u gruźlików (Über die Ermüdbarkeit und Reizbarkeit der Tuberkulösen).

W 1908 roku odbył staż w klinice psychiatrycznej Uniwersytetu w Zurychu u Eugena Bleulera. Odbywał także staże u Emila Kraepelina. W 1909 roku powrócił do rodzinnego miasta, gdzie zorganizował szpital psychiatryczny. Uczestniczył w I Zjeździe psychiatrów, neurologów i psychologów polskich w październiku 1909 roku w Warszawie.

Podczas I wojny światowej był działaczem POW w powiecie sieradzkim, na potrzeby organizacji użyczał swojego domu i pomieszczeń szpitalnych. Na przełomie 1918 i 1919 został internowany w niemieckich obozach jenieckich w Havelbergu i Lamsdorfie. Po powrocie w marcu 1918 roku ponownie włączył się w działalność niepodległościową.

Witold z rodzicami

15 maja 1919 został powołany na stanowisko dyrektora szpitala tworkowskiego. Od 1920 do końca swojego urzędowania spisywał systematycznie kronikę Tworek. W kronice omawia ruch chorych, statystykę jednostek chorobowych, szczególne przypadki pacjentów, budżet i inwestycje szpitala, tematy posiedzeń naukowych i publikacji pisanych przez lekarzy Tworek oraz sylwetki niektórych kolegów.

W okresie dwudziestolecia międzywojennego, zgodnie z koncepcją podwarszawskich „miast ogrodów”, rozbudował Szpital Tworkowski o kompleks budynków i park w stylu art déco. Stworzył pierwszy w Polsce specjalistyczny oddział obserwacji sądowo-psychiatrycznych. W okresie drugiej wojny światowej uchronił pacjentów Szpitala Tworkowskiego przed masową eksterminacją w ramach tzw. akcji T4.

W 1932 roku habilitował się na Uniwersytecie Warszawskim pod kierunkiem Jana Mazurkiewicza. Należał do komitetu redakcyjnego „Rocznika Psychiatrycznego”.

Witold Łuniewski zmarł 21 stycznia 1943 w Tworkach. Został początkowo pochowany na przyszpitalnym cmentarzu, a później zgodnie z jego wolą trumnę przewieziono do Warty i złożono w rodzinnym grobie Łuniewskich.

W 1910 roku ożenił się z lekarką psychiatrą Felicją Pożaryską (1885–1974). Nie mieli dzieci, wychowali troje sierot (w tym przyszłą etnograf Zofię Neymanową).

w tym domu urodził się Witold Łuniewski. Archiwum RGH

Jako pierwszy otrzymał tytuł honorowego obywatela Warty. Był odznaczony Krzyżem Niepodległości, Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (1929) i jugosłowiańskim Srebrnym Medalem Zasługi. W 1989 został patronem szpitala psychiatrycznego w Warcie (obecnie Wojewódzki Szpital Psychiatryczny w Warcie).

Łuniewski był autorem około 50 prac naukowych. W czasie studiów wspólnie z Dobrowolskim przetłumaczył na polski podręcznik dermatologii Jessnera. W jego dorobku znajdują się dwie pozycje podręcznikowe – podręcznik psychopatologii (Warszawa, 1925) i wydany pośmiertnie w redakcji Stanisława Batawii Zarys psychiatrii sądowej (Warszawa, 1950).


Karol Stanisław Szymański (ur. 1 lutego 1895 w Piotrkowie Trybunalskim, zm. 27 kwietnia 1940 w Katyniu) – doktor medycyny, lekarz psychiatra zamordowany przez sowieckie NKWD jako jedna z ofiar zbrodni katyńskiej. 

Karol Szymański był jednym z ośmiorga dzieci Karola i Julianny z Gawełczyków. W 1913 roku ukończył gimnazjum w Piotrkowie Trybunalskim i przeniósł się do Krakowa, gdzie w 1915 roku rozpoczął studia w Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1918 roku przerywa studia i ochotniczo zgłasza się do Wojska Polskiego, gdzie w stopniu podporucznika służy jako medyk w 26 Pułku Piechoty. Na początku 1920 roku wycofany z linii frontu, przeniesiony zostaje do szpitala wojskowego w Łucku, później we Lwowie, Piotrkowie i Krakowie. Tego samego roku zwolniony z wojska żeni się z Anną Trajdos i wraca do Krakowa, gdzie kontynuuje studia medyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Mieli czworo dzieci. Z tego, najstarszy Karol zmarł w dzieciństwie a drugi syn, Maciej, wyróżnił się w Powstaniu warszawskim a następnie jako architekt i pisarz w Kanadzie. Córka Anna i syn Wojciech przetrwali wojnę razem z Matką.

W 1922 roku kończy studia w Collegium Medicum Uniwersytetu i zaczyna pracować w jego klinice neurologiczno-psychiatrycznej jako asystent, później starszy asystent profesora Jana Piltza, twórcy krakowskiej szkoły neurologicznej. W 1924 roku Karol Szymański otrzymuje stopień doktora wszech nauk lekarskich. Porzuca pracę naukową i rozpoczyna praktykę medyczną najpierw w szpitalu psychiatrycznym w Kochanówce pod Łodzią, a w 1925 roku obejmuje stanowisko dyrektora szpitala dla psychicznie chorych w Warcie. Na stanowisku tym pozostaje do roku 1939, kiedy w obliczu zbliżającej się wojny zostaje powołany do służby wojskowej jako podporucznik pospolitego ruszenia.

W ciągu 14 lat pracy w szpitalu w Warcie dr Karol Szymański rozbudował mały prowincjonalny szpital na nowoczesną, samowystarczalną instytucję medyczną opiekującą się prawie tysiącem pacjentów. Wprowadził nowoczesny sposób leczenia i nowe metody terapeutyczne opieki nad chronicznie chorymi. Szpital w Warcie cieszył się opinią jednej z najlepszych instytucji tego rodzaju w kraju, a dr Karol Szymański w uznaniu zasług oddanych medycynie polskiej został w 1932 roku odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Polonia Restituta.

Powołany do wojska późnym latem 1939 roku, pracował najpierw w 4. szpitalu wojskowym w Łodzi, później w 2. szpitalu wojskowym w Lublinie. We wrześniu lub w październiku 1939 roku w nieznanych okolicznościach dostał się do niewoli sowieckiej. Więziony był w obozie jeńców wojennych w Kozielsku. Jego nazwisko i numer jeniecki (052/4) znalazło się na liście deportowanych z Kozielska w dniu 27 kwietnia 1940 roku. Transport kolejowy Nr XVIII zatrzymał się na stacji kolejowej Gniezdowo koło Lasu Katyńskiego. Tego samego dnia dr Karol Szymański został tam zamordowany przez sowieckie NKWD.

5 października 2007 Minister Obrony Narodowej awansował go pośmiertnie do stopnia porucznika Wojska Polskiego. Awans został ogłoszony 9 listopada 2007 w Warszawie w trakcie uroczystości „Katyń Pamiętamy – Uczcijmy Pamięć Bohaterów”.


GMINA WARTA

Wieś Glinno 

Glinno widok na rezerwat przyrody. Zdjęcie zrobione w pełni lata techniką Infrared. Archiwum RGH

Wieś Glinno to jak podają pisma bardzo stara miejscowość, jako pierwszy pisany dokument, wzmianka o tej miejscowości to dokument wystawiony przez księcia sieradzkiego Leszka Czarnego w 1264 l roku lub też jak podaje Zajączkowski 1265 roku-  „Glinna- super rippam Warte”. Chodzi tu zapewne o spotkanie Księcia sieradzkiego Leszka Czarnego z arcybiskupem Januszem na zamarzniętej rzece warcie, po synodzie, który odbywał się w Sieradzu. Arcybiskup Janusz zanim został arcybiskupem był kanclerzem u ojca Leszka Czarnego Kazimierza I Kondratowica oraz sprzyjał polityce Leszka Czarnego i Bolesława Wstydliwego.

Kościół św. Wita i Modesta w Glinnie. Zdjęcie pochodzi z lat 30-tych ub. wieku. W czasie działań wojennych we wrześniu 1939 roku zostaje poważnie uszkodzony. W 1943 z roku kościół zostaje rozebrany

Zdjęcie archiwalne zrobione w latach 90-tych ub. wieku ukazujące artystyczną wizję Chrystusa wiszącego na krzyżu. Krzyż powstał na pamiątkę miejsca po nieistniejącym już kościele w Glinnie. Archiwum RGH

Glinno, jak podaję Łaski w swoim „Liber Beneficiorum”, to wieś królewska z kościołem starodawnym niezawodnie przez królów ufundowanym.  Na początku kościół w Glinnie był kościołem głównym parafialnym a zaś kościół w Brodni jego filialnym. Z biegiem lat oba kościoły zostały wcielone, jako filialne do parafii Zadzim, po czym ponownie odłączone z tą zmianą, że kościół w Brodni stał się parafialnym i w Glinnie filialnym. Jak dalej podaje Łaski, kościół w Glinnie był drewniany i bogato uposażony przez ówczesnego wikariusza Romana Kalinowskiego.

Jak Podaje z kolei H. Nejman w opracowaniu majątków szlacheckich, Glinno w 1783 roku podlegało starostwu warckiemu, od roku 1856 roku był to majorat generała Pleszczejewa. W 1912 roku wieś, folwark i karczma należą do Aleksandra Pleszczejewa.

Z kolei Kurier Warszawki z roku 1836 roku podaje:

„Najjaśniejszy CESARZ i KRÓL Jmć, postanowieniem pod datą w Czembar 29 Sier: (10 Wrz:) r. b. raczył nadać: 9) Dowódzcy 5ej bry: artyl: Pułkownikowi Pleszczeiew, dobra Grzybki i Glinno, w obwo: Kaliskim i Sieradz: z należ: do nich f: w: i in: u-żył: i przyna: do wysokości dochodu złp. 5,000”

Glinno widok na rezerwat tuż za ruinami budynków gospodarczych filii szpitala w Warcie. Techn. Infrared. Archiwum RGH

Tak wiec widzimy, że chyba wcześniej trochę Glinno było majoratem Pleszczejewa, ale do 1912 roku było w rękach tej rodziny.

Glino, jako miejscowość wiele ucierpiało podczas II wojny światowej.

Glinno tuż obok placu po kościele św. Wita i Modesta. Tech. Infrared. Archiwum RGH

Polski schron nr. 1 licząc od przepompowni w Glinnie. Tech. Infrared. Archiwum RGH

Cmentarz w Glinnie. Zbiorowa mogiła około 200 polskich żołnierzy poległych na tych terenach na początku września 1939 roku.

Drewniany budynek byłej szkoły w Glinnie. Tech. Infrared. Archiwum RGH

We wrześniu I939 r. stan wody Warty był wyjątkowo niski z powodu suszy. W rejonie Sieradza, Strońska rzeka wije się zakolami, koryto jest wąskie, usiane mieliznami. Po obu stronach rzeki teren jest płaski – łąki i pastwiska. Miejscowość Chojnę i Beleń łączył dodatkowo drewniany most, wybudowany tuż przed wybuchem wojny. Jego niewłaściwe zniszczenie ułatwiło żołnierzom niemieckim przedostanie się na drugi brzeg.  Rano 4 września 10 DP skończyła zajmowanie stanowisk obronnych nad Wartą. Poszczególne pułki otrzymały następujące odcinki obronne (od północy ku południu): 28 pSK od Dzierzązny do Okupnik (8 km), dalej 3 I pSK – do szosy Sieradz – Zduńska Wola (7 km), 30 pSK od tejże szosy do Pstrokoń (I I km). Dywizji powierzono obronę zbyt szerokiego odcinka; zadanie przekraczało jej możliwości obronne, szczególnie w zakresie użycia odwodów, które były słabe i mało ruchliwe, a więc nie miały większych szans na dotarcie we właściwym czasie do miejsca zagrożonego przełamaniem. Niemcy w okresie walk na każdy pułk polski rzucili jedną dywizję piechoty. W południe 4 września wysadzono mosty pod Sieradzem i Chojnem. Nie zostały jednak one całkowicie zniszczone, szczególnie kolejowy pod Sieradzem, po jego wystających z wody przęsłach przechodzili żołnierze 20 niemieckiego pułku piechoty (pp). Około godz. 14 niemiecka artyleria rozpoczęła bardzo silny ostrzał polskich stanowisk, wszczynając bój o rzekę.  W pasie obrony 10 DP rozgorzały trzy ogniska walki:

Mapa terenu tłumaczymy zaznaczenia. Strzałki od góry:                          1. Schron bojowy. Tu tutaj swoje życie oddali dwaj żołnierze AK w 1945 roku.                                                                                              2. Plac i krzyż na pamiątkę rozebranego w 1943 roku kościoła św. Wita i Modesta                                                                                        3. Była szkoła w Glinnie                                                                      4. Ruiny gospodarstwa należącego do filli Szpitala Psychiatrycznego we Warcie                                                                                              5. Kolejny schron bojowy

 

Pierwsze znajdowało się w rejonie Warta – Glinno. Mosty w rejonie miasta Warta zostały wcześniej podminowane, lecz nie zniszczono ich na czas. Niemcy wykorzystali sytuację i utworzyli tam przyczółek. W walce o most na Warcie został ranny dowódca 10 baonu saperów mjr Ludwik Siemiński (zamordowany później w Katyniu). Przyczółek Niemcy poszerzyli, gdy ich 24 DP przeprawiła się na wsch. brzeg Warty pod Glinnem. Było tu 6 beto-nowych schronów obsadzonych częściowo przez żołnierzy 2 batalionu 28 pSK. Dowódca pułku ppłk Kurek próbował w ciągu nocy z 4 na 5 września wyrzucić nieprzyjaciela za rzekę, kierując do walki 8 kompanię, lecz próba nie powiodła się. Wobec dalszego naporu przeważających sił nieprzyjaciela 28 pSK nie był w stanie utrzymać tego odcinka. 

W wyniku owych walk ucierpiał także drewniany kościółek Św. Wita i Modesta, który rozebrano potem w 1943 roku.

W glinie podczas wyżej opisanych walk zginęło dwóch żołnierzy AK,a było to tak…Jeden z bunkrów, który jest położony najbliżej gdzie kiedyś stał ów drewniany kościołek był świadkiem śmierci owych żołnierzy. Był styczeń 1945 roku armia niemiecka wycofywała się w pośpiechu, 20 stycznia od strony Szadku nadciągnęły oddziały Rosjan  do Glinna. We wsi dość często dochodziło do wymiany ognia między Niemcami a Rosjanami. Ochroną miejscowej ludności zajmował się oddział Samoobrony AK, który działał na bazie placówki terenowej AK. Żołnierze ci nosili na rękawach biało-czerwone opaski. Ich zadaniem było utrzymanie ładu i porządku oraz ochrony ludności miejscowej przed Niemcami. W skład oddziału wchodzili między innymi: Antoni Leoniak, Jan, Stanisław i Henryk Pawlikowie, Ignacy Chrebela i Franciszek Krystek.

21 stycznia oddział patrolował wieś, początkowo sprawdzano majątek w Glinnie. Jan i Stanisław Pawlikowie udali się w kierunku bunkra aby go przeszukać w celu pozostawionej tam broni.  Niespodziewanie z bunkra w ich kierunku wybiegł uzbrojony niemiecki żołnierz i oddał strzał w głowę Stanisława Pawlika zabijając go na miejscu. Na odgłos strzałów zbiegła się reszta oddziału, wywiązała się walka w wyniku, której zabito niemieckiego żołnierza a Jan Pawlik został ciężko ranny. Na miejsce strzelaniny przybył także żołnierz radziecki, który zastrzelił drugiego Niemca przebywającego w bunkrze. Jan Pawlik zmarł tego samego dnia. Obaj żołnierze zostali pochowani na cmentarzu w Glinnie w grobach rodzinnych.

Kadr z filmu. Schron w Glinnie

Na owym bunkrze mieszkańcy ufundowali tablice upamiętniająca śmierć żołnierzy, na której jest napisane:

„Tu zginęli żołnierze Armii Krajowej w walce z najeźdźcą niemieckim dnia 21.1. 1945 roku. Jan Pawlik ps. Brzoza lat 42, Stanisław Pawlik lat 20. Mieszkańcy wsi Glinno”.


[1] Altaria – rodzaj fundacji (prebendy) kościelnej, której celem jest sprawowanie kultu przez altarystę przy wyznaczonym specjalnie do tego celu ołtarzu. Uposażenie altarii było związane z ołtarzem w kościele kolegiackim lub parafialnym, rzadziej innym.

 

Bibliografia:

Liber Beneficiorum, Jan Łaski, tom I

Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich

8 Baza Lotnictwa Transportowego

Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Przeszłości – archiwum fotograficznego i zbioru rycin.

http://niepodleglosc.lodzkie.eu/page/index.php?str=552

http://sieradzkiewsie.blogspot.com/

http://dziedzictwo.ekai.pl/@@warta_kosciol_sw_mikolaja

http://web.diecezja.wloclawek.pl/parafia/SwMikolajaB_Warta/tryptyk.htm

http://spotkaniawarsztatowe.pl/temat9.html

http://8bltr.wp.mil.pl/pl/33.html

http://www.sztetl.org.pl

http://www.gimwarta.pl

http://sieradz.naszemiasto.pl

http://kalisz.fotopolska.eu

http://www.kulturaihistoria.umcs.lublin.pl

http://lodzkagazeta.pl

http://www.mysl-polska.pl

http://www.dws-xip.pl/reich/nsv/nsv.html

 

Share Button
Inne artykuły

Lisków – Ponad 700 lat istnienia

2015-09-09 11:37:55
paprotka

18

Zbrodnie hitlerowskie na ziemi kaliskiej

2017-06-17 18:27:02
admin1

8

Kamień ofiarny we wsi Wrząca

2017-05-20 13:12:39
admin1

8

Walki pod Morawinem

2017-03-22 14:31:40
admin1

8

Przespolew Pański i Przespolew Kościelny

2017-03-09 14:54:14
paprotka

8

Bitwa pod Mokrą

2017-01-17 15:43:18
admin1

8

Dodaj komentarz