Borów – Niemieckie magazyny amunicji

Kompleks Borgdorf 

Niemieckie magazyny broni i amunicji w Borowie koło Opatówka

Jest to spis wielomiesięcznych poszukiwań, wywiadów z ludźmi, czytania zapisków i własnego śledztwa. Wszelkie osoby zainteresowane tematem zapraszam, gdyż każda pomoc jest na wagę złota, by odkryć tajemnice być może największe w powiecie kaliskim, a może nawet Wielkopolsce.
Cała relacja skopiowana z mojego własnego tekstu z forum „Inne oblicza historii”. Tekst składa się z kilku części. Pierwszego śledztwa, i drugiego uzupełnionego o nowe dane, oraz ciekawy wywiad z mieszkanką Nakwasina, czyli sąsiedniej wioski, od byłych Niemieckich magazynów wojskowych. Artykuł uzupełniany jest na bieżąco, o nowe fakty. 

WYWIAD NA TEMAT BOROWA DLA TLT24 

BORÓW – LAS, KTÓRY NADAL NIESIE ŚMIERĆ

Cześć 1
Plan sytuacyjny kompleksu "Borgdorf"

Plan sytuacyjny kompleksu „Borgdorf”

 Na wstępie chcę zaznaczyć, że informacje, które tu podam, pochodzą z różnych źródeł, także z przekazów ustnych wielu ludzi, więc proszę tego, co napiszę nie brać dosłownie, jako faktów historycznych, prawdziwość tych informacji nie da się już zweryfikować. Część informacji jednak jest jak najbardziej prawdziwa, spisana w pamiętnikach, świadka tamtych zdarzeń mieszkańca Opatówka.
Administracja niemiecka zmieniła nazwy miejscowości na swoje, i tak Opatówek stał się Spatenfelde a Borów Borgdorf. Wysiedlanie okolicznych mieszkańców zaczęło się już w czerwcu 1940 roku. Jednak budowę obiektów w Borowie zaczęto w 1941 roku, od drogi betonowej i linii kolejowej (istnieją do dziś). Do prac budowlanych przywieziono 44 jeńców francuskich, 18 jeńców angielskich i 200 radzieckich. W 1942 roku, skończono budowę „wielkich magazynów amunicji” tak o tych obiektach mówi się do dziś. Choć z wszystkich zebranych później informacji nie do końca to były tylko magazyny. Cały teren został zmeliorowany, wykopano studnie głębinową (istnieje do dziś w połowie jednak zasypana) doprowadzono linie elektryczną z własnym transformatorem. Wybudowano 6 domów koszarowych, wielkości 64m/18m. Cały teren wynosił 220 ha. Myślę jednak, że chodzi o strefę buforową, same budynki, infrastruktura była o wiele mniejsza. Cały terenu strzegły druty kolczaste z wartowniami i patrolami w koło ogrodzenia. Rozebrano wszelkie polskie gospodarstwa w sąsiedztwie,  a całą strefę zasiedlono Niemcami, co też przyczyniło się do dochowania tajemnicy obiektu. Nawet zbliżanie się do strefy groziło zastrzeleniem. Tyle suchych informacji, co do obiektów budowlanych. O barakach wiadomo tylko tyle, ile z nich zostało po wojnie. Żaden Polak nie mógł dostać się na teren najbardziej skryty w lesie. Nie ma żadnych potwierdzonych informacji ile, jakiej powierzchni i dokładnie gdzie znajdowały się same magazyny. Dlatego wszelkie informację o infrastrukturze obiektów pochodzą już po wyzwoleniu z niemieckiej okupacji. Badając i zaciągając języka dowiedzieć się można, że około kilometra przed lasem, stały jakieś baraki. Nie było ich 6 wiec musiały to być budynki przeznaczone do innego celu, a nie jak wyżej napisałem, koszary. Znajdowały się mniej więcej przed głównym wjazdem do strefy strzeżonej (to naprzeciwko dzisiejszej wytwórni mas bitumicznych). Myślę, że na pewno to były wartownie sprawdzające pociągi, które potem znikały wewnątrz lasu. Co jeszcze? nie udało mi się dowiedzieć. Jeszcze po wojnie istniały te baraki czy budynki. Dziś nie ma po nich śladu, rozebrano je na obory, kurniki itd. Od kilku ludzi słyszałem opowieści, że właśnie na terenie wytwórni zalano asfaltem podziemne bunkry, podobno były piętrowe, Sowieci mieli penetrować te obiekty podziemne, jedni mówią, że już to oni zablokowali wejścia, inni, że jeszcze długo po wojnie można było tam zejść. Wierze, że te przekazy są prawdziwe, ogrom przechowywanej ilości sprzętu i amunicji musiał być gdzieś składowany. Sześć baraków koszarowych, kilka przy wjeździe i ani śladu i informacji o prawdziwych pomieszczeniach na amunicję. Istnienie tych obiektów podziemnych potwierdzają też inne poszlaki. Pamiętnikarz z tego okresu pisze dalej tak:

„Niemcy składowali broń, amunicje i sprzęt wojskowy w różnych punktach na terenie lasu w bunkrach pomalowanych na zielono – szary kolor”

Zaznaczę, że nie ma dziś nawet śladu gdzie niby one miały być!? Na pewno jest coś w tym prawdy, bo okoliczna ludność do dziś posiada wiele sprzętu zostawionego przez Niemców na tym terenie. Sam widziałem rolnika, który zimą chodził w kurtce lotnika z Luftwaffe, że o innych rzeczach nie wspomnę, nawet kanalizację niektórzy zrobili z luf czołgowych! Nie ma tam prawie (albo nie było) gospodarstwa, które nie posiadało cokolwiek „zdobycznego”. Jedna kobieta na strychu jeszcze niedawno wieszała pranie na loncie od materiałów wybuchowych. Łuski armatnie, czołgowe służą do dziś, jako poidła do krów, czy kur. Widziałem obciętą łuskę od działa (chyba tylko morskiego) 380 mm, służące za doniczkę pod kwiatki. Skąd łuska 380 mm w centrum kraju? (używam słowa łuska, choć to raczej trzeba nazwać pojemnikiem na ładunek miotający) Jeśli takie pojemniki (założyłem wyżej, że od dział morskich) znajdowały się tutaj, to sobie można tylko wyobrazić, co było w tych magazynach! Każdy, kto chciał, przynosił do domu, co mu pasowało, Sowieci wywieźli co lepsze, resztę dokonały ręce okolicznych chłopów, co do dziś u siebie mają, to można się tylko domyślać. Niektóre sprzęty widać na podwórkach a ile jest ukrytych to już nikt nie wie. W 1943 roku do Borgdorfu sprowadzono radzieckich żołnierzy (zdrajców) gen. Własowa, (kto to był zapraszam do Wikipedii ) Ubrani byli w niemieckie mundury, ale po niemiecku nie umieli ani słowa. Jeden z mieszkańców opowiadał mi, że Polacy nazywali ich „niemymi żołnierzami”, bo nie wolno im było przy Polakach rozmawiać po rosyjsku . Pewnie na początku Niemcy zakazali im rozmawiać w ich ojczystym języku. Potem już rozmawiali miedzy sobą bez skrępowania. Domyślam się, że chodziło o to by pokazać Polakom, że Ruscy przeszli na stronę niemiecką, wiec Werhmacht jest niezwyciężony. Arsenału pilnowało około 400 żołnierzy gen. Własowa i 10 oficerów oraz około 100 Niemców. Zakwaterowano ich na terenie strefy chronionej.

   W nocy z 19 na 20 stycznia 1944 r. wydarzyła się się historia tak niesamowita, że sam prywatnie nie wiem czy w nią wierzyć czy nie, dlatego wkleję oryginalny tekst z pamiętnika mieszkańca Opatówka. Ocenę pozostawiam wam.

„Pomimo środków ostrożności stosowanych przez Niemców, zdarzyła się w Opatówku historia, która zaskoczyła wszystkich, a Polakom dodała otuchy. W nocy z 19 na 20 stycznia 1944 r. wylądował na placu przed kościołem spadochroniarz. Skoczek musiał sprawnie manipulować spadochronem, by nie zawiesić się na wieży kościoła. Wylądował w miejscu, gdzie dziś stoi dzwonnica. Noc była jasna, księżyc w pełni. Po zwinięciu spadochronu skoczek zgłosił się na żandarmerii, która mieściła się na plebani. Podał się za pułkownika do specjalnych poruczeń. Posiadał odpowiednie umundurowanie, dokumenty i upoważnienia. Po przedstawieniu dokumentów przeszedł w towarzystwie dwóch żandarmów do sztabu wojskowego, który mieścił się w obecnym muzeum. Dowództwo sztabu zostało postawione na nogi. W sztabie poprosił o gorącą herbatę i posiłek, kazał doprowadzić mundur i płaszcz do należytego porządku. Następnie przejrzał dokumentację warsztatów przy ulicy św. Jana oraz magazynów amunicji w Borowie. Rano poprosił o samochód i w towarzystwie oficerów ze sztabu i dwóch, żandarmów przeprowadził inspekcję warsztatów i magazynów w Borowie. Tam wszyscy byli już uprzedzeni o specjalnej inspekcji. Własowcy prężyli się przed nim jak prawdziwi Niemcy. Po dokonaniu kontroli, przy obiedzie i pułkownik pochwalił dobrą organizację pracy i obiecał szybki awans sztabowcom z Opatówka. Następnie kazał się odwieźć na dworzec kolejowy w Opatówku i o godz. 1220 odjechał w kierunku Sieradza. Godzinę później sztab wojskowy otrzymał telegram, informujący, że spadochroniarz podający się za niemieckiego pułkownika był angielskim szpiegiem. Natychmiast wysłano depeszę do Sieradza, ale okazało się, że nikt taki tam nie dojechał. Tego samego dnia znaleziono spadochron przy leśnej drodze w Rożdżałach, ale po skoczku nie było śladu. Niemcy zarządzili dokładne poszukiwania. Zorganizowano specjalne patrole wojskowe i cywilne, obstawiono wszystkie drogi i ścieżki, sprawdzano dokumenty i rozpytywano, czy ktoś nie widział obcego podejrzanego człowieka. Niemcy starali się zbliżyć do Polaków, by czegoś się dowiedzieć. Nie mogli sobie darować, że w tak dobrze strzeżonym środowisku swobodnie działał angielski szpieg. Coraz większe niepowodzenia Niemców na froncie wschodnim i zachodnim skłoniły Niemców do wzmożonej czujności na swoim terenie”

bocznica kolejowa

Widoczna linia kolejowa od Opatówka do lasu

Co wiem na temat przeznaczenia obiektów w Borowie? Pociągami dowożono amunicję, zaopatrzenie dla Wehrmachtu na front wschodni, oficjalnie był to jeden z największych magazynów w naszym kraju! Asortyment był szeroki, od amunicji wszelkiego rodzaju, broń rakietowa i artyleryjska do strzeleckiej, po miny przeciwpancerne i jak już wyżej nadmieniłem, ubrania, mundury itd. Ciekawostką dla mnie jest to, że skoro okoliczni mieszkańcy są w posiadaniu luf czołgowych, to magazyny musiały mieć także miejsce dla części do czołgów czy innego sprzętu ciężkiego. Może i były warsztaty, a może części zamienne dowożono bezpośrednio do montażu na front. Ogrom składowanego sprzętu musiał być na wielką skale, pociągi wjeżdżały do lasu kilka razy dziennie. I teraz właśnie wrócę do tematu podziemnych instalacji. Niemcy głupi nie byli, więc musieli rozkładać amunicję w kilku miejscach dla bezpieczeństwa. Słynna była historia rozbicia się Halifaxa w Skalmierzycach w roku 1943. Przecież to niedaleko Borowa. Jeśli historia spadochroniarza jest, choć w części prawdziwa to Londyn wiedział o Borowie. Jedna celna bomba zmiotłaby całe 220 ha z powierzchni ziemi! Sądzę, że na terenie lasu było więcej podziemnych bunkrów, i myślę, że istnienie bunkra pod asfaltem tez jest faktem. Parę miesięcy temu, grzybiarz znalazł w lesie niewybuch. Przyjechali saperzy, okazało się, że to rakieta od wyrzutni Nebelwerfer, w sumie wykopano 180 sztuk różnych pocisków. Zacytuje Gustlika z czterech pancernych „widziołech to z bliska, mo sześć luf a wali jak jasny pieron!”Dlatego logiczne dla mnie jest, że takie ilości tak niebezpiecznych i czułych na zniszczenie materiałów wybuchowych nie była składowana w jednej jakieś szopie! Jeszcze jedno. W Borowie nie były składowane rakiety serii V, ale już części do nich tak! Po zbombardowaniu przez Anglików wyspy Peenemunde, Niemcy przenieśli testy rakiet V2 do miejscowości Wierzchucin  (bory tucholskie). Rakiety spadały na terenie Kalisza i Sieradza. Znam kilka istniejących do dziś lejów po eksplozji. Sam znalazłem jeden z 17 zapłonników mieszanki paliwowej. Wiem, z opowiadań nawet mojego dziadka, jak spadały te rakiety dosłownie ludziom na głowę (gmina Błaszki, V2 zabiła całą rodzinę). Wyglądało to tak, słychać było czasem gwizd, czasem zupełną cisze, potem eksplozję (miejsce, które badałem, rakieta eksplodowała już w powietrzu) zaraz potem pojawiał się się samolot, pewnie wysyłano je w celu lokalizacji miejsca uderzenia. Potem z Borowa właśnie wyruszały ciężarówki z własowcami z bronią. Tak było np. w miejscowości Sierzchów (staw koło sklepu). Tren był otaczany kordonem żołnierzy, a pewna grupa zbierała każdy kawałek w koło leja. Często najmowano okolicznych ludzi do zbierania. Zbierano wszystko, co tylko się dało. Rakiety wypełniane były, potłuczonymi kawałkami np. pieców, żeliwa lub dziwnego dla mnie metalu, podobnego do żeliwa, ale lekkiego jak aluminium. Po sprzątnięciu terenu cały wrak, lub elementy z rakiety znikały z ciężarówką za drutami Borowa. Podobna scena wydarzyła się w Liskowie. Jak pisałem wyżej słychać było dwie eksplozje, jedną na jakieś wysokości a drugą już po uderzeniu rakiety w ziemię. Teren  został sprawdzony. Wiem od dziadka, który został wyciągnięty z domu do zbierania kawałków, mówił mi, że ocalało jakieś urządzenie z przewodami elektrycznymi, (mam jeden z przewodów do dziś) wszystko to zostało pozbierane, ludzi przeszukano i znowu ciężarówka zniknęła w borowskim lesie. Co się działo dalej z tym nikt nie wie. Jeszcze jedna niewyjaśniona historia. Mieszkańcy opowiadali, jak kiedyś w nocy kilka ciężarówek z ochroną własowców wyruszyło w nieznane miejsce. Podobno strzelali do każdego, kto wyszedł z chałupy zobaczyć, co się dzieje na drodze. Tyle o tym okresie.

Plan obiektów naziemnych

Plan obiektów niezidentyfikowanych

W styczniu 1945 roku, wojska radzieckie zbliżyły się do strefy chronionej. Dowództwo sowieckie wiedziało o istnieniu obiektów w lesie. Wstrzymano natarcie, podobno ruscy mieli powiedzieć, że teren jest tak zaminowany, że nie uda się żadne natarcie bez ogromnych strat. W tym okresie załoga Borowa, zaczęła niszczyć i wysadzać to, wszystko co się dało. Pamiętnikarz pisze, że udało im się wysadzić tylko kilka bunkrów (kilka??? To ile ich było jak dziś się mówi, że były tylko baraki!) Nie ma śladu po bunkrach, nie istnieje nawet jeden, czy autor miał na myśli te zalane asfaltem, czy są jeszcze inne zasypane w lesie albo ukryte przez przyrodę? Dalej, autor pisze:

„całe szczęście, że nie eksplodowała amunicja ukryta w bunkrach, bo gdyby tak się stało całkowitemu zniszczeniu uległy by pobliskie wioski”

To daje wyobrażenie o ilości materiałów wybuchowych na tym terenie. Świadczy też o tym, że magazyny musiały być ogromne! A nie ma praktycznie dziś po nich śladu! Baraki, budynki typowo budowlane mogły zostać rozebrane, ale bunkra się rozebrać nie da, te, co nie zostały wysadzone muszę istnieć do dziś. Jak zdobyto te obiekty? Sowieci zastosowali potężny ostrzał artyleryjski, nawet do dziś na zdjęciach satelitarnych widać ślady po wybuchach, cały las jest dosłownie poryty lejami. Niektóre schowałyby w sobie auto typu bus. Ostrzał był ciężki, słychać go było na wiele kilometrów. Strzelano tez z czołgów. Załoga Borowa uciekła w stronę miejscowości Dębe, jednak w Nakwasinie i Kobiernie wpadli w ręce Armii Czerwonej. Zostali na miejscu rozstrzelani. Podobno komuś udało się uciec. Co wiedzieli na temat magazynów sowieci się nie dowiemy, ale bali sie terenu okrutnie. Nawałnica pocisków, bomb była ogromna, teren zmienił się zupełnie (wygląda tak do dziś) Na powierzchni leżą ogromne kawałki odłamków, dosłownie wszędzie, tego żelastwa jest tam tyle, że każdy złomiarz dostałby zawału na skupie. Jak już pisałem, ruscy spenetrowali teren, co znaleźli, co zabrali, czy udokumentowali cokolwiek, nie wiem. Po nich okoliczna ludność wynosiła, co tylko chciała i co tylko się przydać mogło. To tyle faktów.
Sam osobiście chcę jednak OSTRZEC WSZELKICH KOPACZY PAMIĄTEK!!! Nie macie pojęcia i nie wiecie, co jest w ziemi. Wiele domów okolicznych dotknęła tragedia przez grzebanie w ziemi. Teren jest tak zasiany „ukrytą śmiercią”, że jeszcze niedawno traktory wyrywały pługami całe pociski i bomby. Niejeden chłop uciekał z krzykiem z traktora do domu! Mój kuzyn na rowerze przywiózł do domu w pełni uzbrojoną minę przeciwpancerną i tylko dlatego nie wysadził siebie i innych, że nacisk na zapalnik takiej miny ustawiony jest na około 150 kg! Słynna była przed laty historia jak dzieci ze szkoły na lekcję historii przypchały wózek załadowany granatami moździerzowymi! Jak się spotyka kogoś bez palców lub ręki to pewne, że bawił się zabawkami z Borowa! Zdjęcia w Internecie sprzed kilku miesięcy, na nich widać całe i skorodowane pociski gdzie dosłownie kordryt czy trotyl widać było gołym okiem. Materiał wybuchowy po 70 latach jest gorszy od świeżego, bardzo niestabilny, zmieszany z rdzą staje się jeszcze gorszy, wiem coś o tym! Nie będę kłamał też kiedyś jeździłem tam szukać „skarbów”, żyje, mam ręce i palce, dlatego ostrzegam każdego, kto interesuje się tym rejonem w celach wydobywczych. Znalazłem niejedną rozerwaną bombę i to bez kopania! Wykrywacz metali nie ma żadnego sensu, po prostu wyje non stop, odłamków jest tyle, że nie ma sensu go nawet włączać. Każde wbicie łopaty w ziemię charakteryzuje się głośnym „zgrzyt”! A nigdy nie wiemy gdzie go wbijamy!  Las nie tylko rani i zabija, ale też można się narazić na nieprzyjemności z policją. Jakiś czas temu w Internecie był artykuł, że jakieś grupy poszukiwawcze na szeroką skale trudniły się się wykopywaniem całych bomb. Pozostały rano po nich tylko dziury w ziemi, co wykopali, nie wiadomo, ale na pewno dużą ilość. Policja nawet podejrzewała ze ten proceder miał służyć w pozyskaniu materiałów wybuchowych w celach przestępczych. Wiec można się narazić na zatrzymanie przez jakiś patrol. Teren nie jest strzeżony ani ogrodzony. Ostrzegam wiec każdego, kto chciałby tam szukać czegokolwiek. WYKRYWACZ JEST NIEPRZYDATNY, pozostaje wiec kopanie „na oko”, co już jest jak rosyjska ruletka typu trafię w zapalnik – czy nie trafię. Prywatnie powiem, że nie słyszałem by ktoś wykopał broń (pewnie i ruscy i polskie wojsko zabrało wszelką broń palną) Medali typu Krzyż Żelazny tez się nie znajdzie. Bagnety od lat wyzbierane. Łuski i tego typu rzeczy są skorodowane, ziemia tam od 70 lat nie jest ruszana przez człowieka, dlatego proces rozkładu metalu jest definitywny. Znajdywane przeze mnie łuski były skorodowane, porozrywane przez eksplozje, a naboje można było siłą w połowie palcami złamać takie skorodowane. Od lat nie znajduje się niczego w dobrym stanie, teraz to wszystko jedna rdza. Najgorsze, że ocalają granaty moździerzowe, granaty ręczne i cała gama różnych pocisków od przeciwlotniczych (świństwo okrutne, bo z czubkiem aluminiowym działający jak kapiszon na lekkie nawet wgniecenie) po rakiety typu Nebelwerfer, długie i grube. To tyle.
OSTRZEGAM JESZCZE RAZ, MIEJCIE ROZSĄDEK – ” NIE BĄDŹ GŁUPI NIE DAJ SIE ZABIĆ – jak mawiano w partyzantce.

Czw 27 Lut, 2014 14:44

Cześć 2 zaktualizowana

Odpowiedz z Centralnego Archiwum Wojskowego na moje zapytanie o plany obiektów Borowskich
Uprzejmie informujemy, że dokumentów, dot. interesujących Pana budowli może Pan ewentualnie poszukiwać w aktach powojennych instytucji Wojska Polskiego.
Materiały archiwalne dot. fortyfikacji i budownictwa wojskowego są przechowywane w kilku zespołach archiwalnych:
Główne Kwatermistrzostwo WP
III Wiceministerstwo Obrony Narodowej
Departament Budownictwa MON
Dowództwa Okręgów Wojskowych
Sztab Generalny WP
Szefostwo Wojsk Inżynieryjnych MON
Jednocześnie informujemy, że Centralne Archiwum Wojskowe realizuje
kwerendy (ustalanie sygnatur, zamawianie teczek, wyszukiwanie informacji w
teczkach, typowanie dokumentów do wykonania kserokopii) dla osób fizycznych
wyłącznie w sprawach poświadczeniowych dla celów prawno-administracyjnych,
przede wszystkim ustalenia czasu, miejsca i przebiegu służby (pracy) dla
potrzeb emerytalno-rentowych.
Kwerendy dotyczące:
– badań genealogicznych i regionalistycznych,
– prac naukowo-badawczych,
– ustalenia przebiegu służby i szlaków bojowych dla
celów innych niż poświadczeniowe realizowane są osobiście przez
zainteresowanych albo ich upoważnionych przedstawicieli w Pracowni
Udostępniania Akt CAW.

Czw 27 Lut, 2014 14:48

Co do Borowa, tydzień temu wybrałem się tam z kumplem właśnie w celu „zbadania” terenu. Leje po bombach (niektórych) są ogromne to już samo to zniwelowało wszelkie ślady po Niemcach! Nawet wyobraźnia nie sięga tak daleko żeby sobie wyobrazić jak wiele metrów sześciennych ziemi taka bomba wyrzuciła w powietrze! Kilkadziesiąt albo i kilkaset eksplozji musiało przemieścić jej tony. Do tego zalesiony i trudny teren. Schodziłem miejsce w każdą stronę, można zaleźć wielkie kawały żelbetu. Nawet mój kolega znalazł kawał betonu w kształcie koła (ciężar na pewno kilka ton) jakby czopuch albo kopuła od bunkra. Jest kilka takich miejsc z porozrywanym żelazobetonem, jednak ilość tego jest znikoma wszystko razem wzięte może stworzyłoby jeden bunkier (mowa była o 6) Jak kolega wyżej zauważył bunkry obronne były czasem małe (jak Ringstad) amunicyjne musiały być duże, a jednak tych kawałków jest mało. Trudno tu nie pomyśleć, że może komuś się przydał gruz, tego to się już nie dowiemy. Badając teren widać jakby rów, w którym jeździł pociąg, widać tez drogi, wiele w tym zgadywania i być może płatającej figle wyobraźni, ale coś na pewno widać. Nawet zawzięcie dyskutowaliśmy z kumplem, co tak naprawdę widzi on a, co ja. Dla mnie zastanawiająca jest betonowa droga. Nie byłem w tej po lewo od Starego Nakwasina wiec nie wiem, dokąd prowadzi, ale pojechaliśmy rowerami w prawo od Opatówka. Droga nagle się urywa i tyle, po co? Na co? Nie mieliśmy zielonego pojęcia. Od strony Starego Nakwasina zaraz niedaleko drogi jest dziwny wał w lesie, widać go od razu. Nie wygląda mi na naturalny, wygląda właśnie jak rampa. Mój kumpel od razu tak stwierdził. Po tylu latach ciężko jest stwierdzić działanie człowieka, tym bardziej, że nie jestem fachowcem w tej dziedzinie. Jednak wygląd wzniesienia zastanawia. Pochodziliśmy po lewej części lasu (od Nakwasina) Jest jeden ogromny lej po bombie, jest też kilka mniejszych, ale żadnych innych śladów. O dziwo lasek ten przynajmniej kawałkiem był zaorany i zalesiony. Wiec, albo był rozminowany (niewypałów i min jest wszędzie pełno) albo nie było tam zagrożenia, wiec i obiektów należących do terenu magazynów. Od Opatówka to już wyobraźnia szaleje, co krok jakby wały, okopy, nasypy wykopy itd. itp. Nie wiem i nie zamierzam sam tego stwierdzać, co to jest i czy są  to pozostałości z tamtego okresu. Mój kumpel nawet stwierdził, że w jednym nasypie musiały być albo otwory strzelnicze ochrony albo stanowiska działek przeciwlotniczych. Kto wie może ma racje a może nie. Myślę, że na pewno takie stanowiska gdzieś tam były. Potem przeszukaliśmy teren po prawej stronie lasu (od Nakwasina). Tam najwięcej widać pozostałości, lecz mimo szukania (chciałem koledze pokazać) nie mogłem znaleźć studni głębinowej, nie wiem czy została zasypana, czy po prostu nie mogłem na nią natrafić. Świadczy to o tym, że teren jednak jest trudny i wiele pozostałości nie widać. Jedno, co widać to głęboki rów idący przez środek lasu, stawiam na to, że właśnie tędy jechał pociąg z amunicją. Za rowem znajduje się długi mniej więcej na metr wysoki nasyp, ciężko określić, czemu służył. Mój kolega oczywiście nie wytrzymał i od czasu do czasu znalezioną gałęzią zaczął grzebać w ziemi. Zszokowany był (był tam pierwszy raz) wielkością odłamków, nie dziwię się, niektóre mogłyby służyć za hantle do ćwiczeń! Poszliśmy potem bliżej Nakwasina, leje po bombach i kawałki nawet spore żelbetu, wywnioskowaliśmy, że te bunkry musiałby być właśnie tam chyba, że eksplozje przemieściły ta kawały po całym terenie (pamiętamy ze bunkry zostały wysadzone). To kumpel miał radochę, bo w 10 minut uzbierał (grzebiąc tym patykiem) całe dwie garści pocisków karabinowych od Maussera. I tak to potem wyrzucił, bo rdza jest taka zaawansowana, że niektóre łamał w palcach. Łuski od tych naboi są porozrywane, i z nienaruszoną spłonką, świadczy to o tym, że wybuchały od temperatury (pożar?) A nie zostały wystrzelone. Rozczarowany był ogromnie, tam nie idzie znaleźć nawet jednej dobrze zachowanej łuski, taka prawda wiem coś o tym.
Wracając do tematu, jak już napisałem wyżej, jest głęboki parów (moje zdjęcie w poprzednich wpisach) jakby ślad po torach kolejowych, są też jakieś nazwijmy to ślady ramp. Są tez i drogi, nie sadzę by ktoś je robił po wojnie, ale oczywiście to tylko moje zdanie.
Hm…6 bunkrów, koszary na 500 wartowników (6 baraków koszarowych) studnia głębinowa, własny transformator, do tego hipotetyczne piętrowe bunkry na terenie Wytwórni Mas Bitumicznych, do tego pozostałości (na przeciw wytwórni) wartowni, jakiś budynków. Czy to wystarczająca infrastruktura? Nie wiem, i nie dowiemy sie jak nie zdobędę planów lub czegokolwiek od wojskowych. O ile je mają!
Jeszcze jedną ciekawostkę wam napisze. Ze dwa lata temu, szukając informacji o Borowie w sieci, trafiłem na zdjęcie, które zniknęło z Internetu! Chciałem wam je pokazać, ale po prostu nie ma, albo trafić nie mogę. Na tym zdjęciu widać w tle las i stojącą koparkę (żółtą) wykopała ona myślę zagłębienie, które widać przed nią, w tym zagłębieniu mniej więcej na głębokości metra, może półtora stało dwóch facetów opartych o łopaty. Co ciekawe, stoją oni jakby na płaszczyźnie z betonu!!! Wyglądało to jakby koparka odsłoniła strop (lub posadzkę) jakiegoś betonowego obiektu pod ziemią a ci faceci łopatami oczyścili betonową płytę! To właśnie zdjęcie może być jedynym dowodem, że w Borowie metr pod ziemią znajdują sie pomieszczenia bunkrów, których szukałem, nie wiem, czemu tego zdjęcia znaleźć nie mogę, czuje, że zostało usunięte właśnie dla takich jak ja, po to by nikt tam nie buszował nikt nie próbował penetrować pomieszczeń. Może cała tajemnica zniknięcia 6 bunkrów rozwiązałaby się metr pod ziemią, gruz, który znalazłem to tylko małe elementy tego, co jest pod piachem. Jedno jest pewne zdjęcie istniało, widziałem je a teraz znaleźć nie mogę.

Pią 11 Kwi, 2014 12:30

Cześć 3

Relacja z rozmowy ze świadkiem z tamtych lat, mieszkanka Nakwasina – fragmenty

Starałem się zachować oryginalne słownictwo

Relacja 1

„Co pamiętam? Mój ojciec znał trochę niemiecki i rosyjski, wiec hitlerowcy nie wysiedlili nas, zostaliśmy na wsi, jako jedna z nielicznych rodzin. Widział Pan szkołę w Nakwasinie? W niej była szkoła Hitlerjugend, z tyłu za nią były wykopane okopy, rowy różniste (transzeje) tam ci młodzi ćwiczyli walki w okopach, strzelali kopali nowe, uczyli się jak to robić. Pamiętam, że czasem robili niby wojnę na naszej wsi. Biegali po podwórkach i strzelali do siebie (ślepakami)(…)Co wiem o Borowie? Niemcy bardzo pilnowali całego terenu, jak pracowaliśmy w polach widać było borowski las i strażników chodzących brzegiem lasu. Strach było, bo jeśli taki uznał, że za bardzo się ktoś przygląda mógł nawet strzelić. Słyszałam o tym, że potrafili w nocy nawet dzika zastrzelić myśląc, że to człowiek. Przez naszą wieś często przejeżdżały różne samochody i w stronę Starego Nakwasina, czyli do Borowa i w stronę Koźminka. Nie wiem, co wozili. Nikt się nie odważył podchodzić blisko. Pamiętam tylko Niemców mówiących po rosyjsku, podobno to zdrajcy byli (chodzi tu o Własowców) Pamiętam już pod koniec wojny spali u nas Niemcy, ale nie tacy młodzi, ale starsi (Volkssturm) Siedzieli z nami w izbie, bo paliło się w piecu w jednej izbie, czytali listy, oglądali zdjęcia i czasem płakali. Mieli dość wojny, Hitler zmusił ich do wojny zabrał z domu. Pamiętam jak moja matka ugotowała ziemniaki i podała im do jedzenia a oni, mimo że głodni byli odmówili. Mój ojciec domyślił się, dlaczego, oni się bali, że są zatrute! Wiec mama zjadła jednego na ich oczach, wtedy zaczęli jeść a nawet się uśmiechać. Ci starsi to byli mili ludzie. Jak ruskie szli już od strony Koźminka, to była ciężka mroźna zima. Szyby były zamarznięte przez szron, pamiętam to była noc. Myśmy ze strachu całą nie spali.Za oknem jeździły jakieś pojazdy aż chałupą trzęsło. Ktoś z sąsiadów wyszedł zobaczyć, co się dzieje to o mało nie został zastrzelony. Mój ojciec zabronił nam wychodzić czy przez okno nawet spojrzeć. Całą noc dudniło. Jak rano się uspokoiło wyszliśmy zobaczyć. Cała droga przez wieś była dosłownie rozjechana, połamane płoty, powyrywane furtki, wszędzie ślady kół. Czy od czołgów też? Nie wiem nie znam się. Jak bardzo Niemcy musieli uciekać, że nawet nie patrzyli i jeździli po płotach. Nie wiedzieliśmy, w którą stronę jechali, ale pewnie do Borowa.”(…)

Relacja 2

  „Pamiętam był wielki mróz, siedzieliśmy w izbie i ktoś krzyknął na ulicy, że idą ruskie. Ja się ucieszyłam i próbowałam palcem wywiercić dziurę w szronie na szybie by popatrzeć na naszych wyzwolicieli. Nie rozumiałam, dlaczego wtedy, ale ojciec zabronił mi podglądać i zamknął drzwi i kazał nam siedzieć cicho. Nagle za oknem usłyszałam setki jakby końskich kopyt. Aż mnie skręcało zobaczyć, co tam się dzieje. Jednak ojciec pilnował mnie i trzymał z dala od okna. Po jakimś czasie łomot do drzwi, trza było otworzyć. I wtedy do domu wszedł Bałwan! Caluśki biały był (pewnie w maskującym zimowym kombinezonie) Był taki oblodzony od śniegu i mrozu, że wyglądał jak duch! Giermancy gdzie? Zapytał a mój ojciec odpowiedział ze dawno uciekli, że nie ma już tu żadnego, skłamał nie mógł tego wiedzieć, ale chciał się pozbyć ruskich z domu. Ruski wyszedł, a ja już nie wytrzymałam i palcem zrobiłam mały otwór w szronie. Ledwo spojrzałam i zaczęłam krzyczeć „mamo, tato ruskie na psach jadą!!!”Tak to wyglądało mówię Panu. Potem się okazało i wytłumaczyli mi starsi, że to były takie koniki z Azji, malutkie o cienkich nóżkach. Do końca życia nie zapomnę tego widoku żołnierzy jadących na psach.(…)
Panie te ruskie nie wiedzieli chyba, co jest w tym lesie w Borowie. Naszą wioskę i sąsiednie wioski zdobyli bez jednego strzału, Ale jak wyszli na otwarte pole od Starego Nakwasina to się taka bitwa zrobiła, że nawet do nas kulki (pociski) spadały. Moją taką koleżankę w nogę na środku podwórka trafiło. Słychać było jak strzelali. Czasem tez dużą eksplozje. Panie ruskich na tych polach leżało ogrom. Całe trupami było usiane. Oni widocznie nie wiedzieli, że tego lasu Niemcy tak bronić będą. Nikt z nas nie podchodził blisko bitwy, wiec nie wiem, co tam się działo. Wiem, że chyba ruskie armaty, podciągnęli, bo jak zaczęli walić w ten las do dosłownie drzewa do góry wyrzucało. Wybuchy były potężne, bo oknami nam ruszało, W wioskach bliżej lasu podobno ani jedna szyba nie ocalała. Jak ruskie zdobyli w końcu las okazało się, że obrońcy uciekli. Jednak podobno dogonili ich i mordowali tych zdrajców (własowców), bo o nich najbardziej im chodziło”(…)

Relacja 3

   „Jak już ucichło wszystko, ale jeszcze był śnieg tak do kolan, bawiłam się z moją koleżanką na podwórku, Wtedy wpadłyśmy na pomysł żeby iść do Borowa i znaleźć sobie takie ładne walizeczki na kulki to Panie mieli (mowa i skrzynkach na amunicje) Nam się bardzo podobałyby takie mieć na swoje dziecinne skarby. Wiec obie na przełaj przez pole po śniegu ruszyłyśmy we dwie. Topiłyśmy się w śniegu, ale bardzo nam na tych walizeczkach zależało.
Jak doszłyśmy do lasu to zobaczyłam ogrom porozrzucanej broni i amunicji i różnego nieznanego mi żelastwa. Było tego tak dużo, że musiałyśmy po tym deptać! Były różne te walizeczki i duże i małe, jedne pełne inne puste a w nich były różne metalowe i różnego kształtu przedmioty. Jak moja koleżanka w końcu wypatrzyła te walizeczki, dopadła i wysypała z niej zawartość robiąc przy tym dużo hałasu. Ucieszone złapałyśmy dwie sztuki i już mamy wracać, kiedy usłyszałyśmy „stój, bo strzelam!” Miedzy drzewami zobaczyłam dwóch chłopów z karabinami wycelowanymi w nas. Pomyślałam, że to Niemcy, ale oni mieli biało czerwone opaski na ramieniu. Kazali nam zostawić walizeczki i uciekać do domu. I tak wróciłyśmy z pustymi rękami. Pamiętam jeszcze jak już ciepło było i paru ruskich u nas na podwórko przyszło by im dać pić i jeść. Bieda była mieliśmy tylko jajka, mleko, cebulę i chleb. Ruskie usiedli na środku podwórka przy stole. Usiadłam i patrzyłam. Nalewali sobie po pół takiego metalowego kubka bimbru, pili i przegryzali to cebulą jedząc ja jak jabłko! Pamiętam jeszcze jak mama ugotowała im tych jaj. Oni nie obierali ich z łupinki, ale ściskali w ręce całe jajko i to, co się wycisnęło miedzy palcami jedli a resztę wyrzucali! Pamiętam jeszcze, że po tej ich biesiadzie, jeden z nich widząc, że mamy tylko cebule i jajka, bagnetem odkroił z własnych zapasów kawał słoniny. Tak się dla mnie wojna skończyła”(…)


Wtorek 5 maja 2015

strażnica

Strażnica

Tajemnica lasu borowskiego, przyciąga nas od dawna. Kolejny raz wracamy do tematu byłych niemieckich magazynów broni i amunicji. Tym razem dzięki naszej redakcyjnej koleżance, trafiamy do pewnego świadka, Pana Zdzisława. Zostaliśmy zaproszeni do jego domu. Rozmowa, choć krótka zaskoczyła nas, okazuję się, że dużo o Borowie jeszcze nie wiemy a miejsce to nadal skrywa w sobie wiele tajemnic. Wstawiamy tutaj i na naszą stronę wywiad z Panem Zdzisławem, jest niezwykle ciekawy.

– Pan Zdzisław – Interesuje was borowski las? Ja osobiście niewiele widziałem, ale nieżyjący już kuzyn mojej żony był tam stróżem i często o tym opowiadał.
– Redakcja – Jak to stróżem? Polak?
– PZ – Cały teren miał kilka pierścieni ochrony, na każdym okręgu zabezpieczeń były strażnice, na każdej linii tych pierścieni sprawdzano przepustki. Do najbardziej wewnętrznego wchodzili tylko wybrani. Pracownicy przymusowi nie mogli wejść do wewnętrznych kręgów ochrony. I tak jak kuzyn pracowali tylko na tym skrajnie zewnętrznym. Tu od strony Borowa pracował ten kuzyn.
– R – Mówił Pan naszej koleżance o podziemnych wejściach, co może Pan nam powiedzieć?
-PZ – Kuzyn mówił, że niemieccy pracownicy wchodzili gdzieś pod ziemie przez takie murowane studnie.
– R – Tak wiemy, jedna istnieje do dziś, jest zasypana. Mamy świadka, który jakieś 30 lat temu wchodził do podobnej studni, mówił, że był korytarz gdzieś w bok, ale nie miał odwagi iść dalej. Dziś to wejście jest gdzieś ukryte w lesie. Nie wiemy gdzie.
– PZ – Nie, wejście o którym wam mówię nie jest w lesie, ale poza nim, pokaże wam gdzie, tylko z tego co wiem jest zasypane gruzem.
– R – Nic nie wiedzieliśmy o tym wejściu, wychodzi na to, że znamy już je trzy. Powiedział Pan o tym, że obsługa bazy wchodziła pod ziemie, co Pan wie więcej na ten temat?
– PZ – Kuzyn mówił, że całe grupy znikały pod ziemią, wchodzili w las i znikali, mówił, że wchodzili do zakrytych piachem bunkrów.
– R – Bunkry zostały przez Niemców wysadzone niestety.
– PZ – Te najbardziej w wewnętrznym pierścieniu tak, ale te bliżej zewnętrznego nie.
– R – Jak to? Przecież tam nic nie ma prócz lasu!? A z bunkrów zostały tylko ogromne kawały betonu.
– PZ – Kuzyn mówił, że widział jak obsługa wchodziła pod ziemię do bunkra, las jest dość płaski nie zdziwiły was te dwa pagórki niemal na wprost siebie? To są zasypane bunkry, strop był zasypany gruba warstwą piachu, a na nim posadzono drzewa, to nie jest zwykły pagórek, to bunkier podziemny.
– R – Zaskoczył nas Pan. Co może Pan nam jeszcze powiedzieć?
– PZ – Pamiętam jak kuzyn mówił, że kiedyś do Borowa przyjechały ciężarówki, nie wiedział, co przywiozły, ale z najbardziej strzeżonego pierścienia wyproszono nawet obsługę magazynów. Ciężarówki wjechały tam, a ludzie z ciężarówek „zniknęli” w lesie. Ciężarówki wyjechały puste. Tyle kuzyn widział.
– R – Zastanawia nas to znikanie…
– PZ – On mówił, że cały grupy znikały pod ziemią, Niemcy gdzieś wchodzili do podziemi.
– R – Dziękujemy za rozmowę

Pagórek

Pagórek

Wyruszamy w miejsce wskazane przez pana Zdzisława. Odnajdujemy te pagórki. Las jest położony na płaskim terenie, rzeczywiście pagórki wydają się być tworem ludzkich rąk. Czy tak jest naprawdę? Od strony Borowa widać jakby lej po bombie przy samym pagórku, jednak jest zbyt prostokątny jak na miejsce po eksplozji, do tego prowadzi do niego jakiś wykop. Czyżby to był ślad po okopie a tu jest zasypane dziś wejście do bunkra? Czy te dwa pagórki rzeczywiście skrywają w sobie coś, o czym nie wiemy? Nasz Świadek jest o tym przekonany. Kierowani wskazówkami Pana Zdzisława szukamy wejścia, o którym mówił. Widać go z daleka, ale jakie było nasze zdziwienie, kiedy w drodze do studni trafiamy na kolejną ukrytą w trawie! To w sumie już 4 studnia w lesie borowskim! Wszystkie są zasypane na różnej głębokości. Jednak ta w lesie ukazuje na swoim dnie korytarz w bok, niestety żeby zrobić zdjęcie musielibyśmy zaryzykować zejście po niebezpiecznej drabince parę metrów w dół. Studnie sugerują elementy melioracji, tylko, dlaczego je zbudowano ręcznie, z cegieł a nie z gotowych prefabrykatów? Jedyny świadek, który nie bał się zajrzeć w głąb takiej studni mówił „studnia była z cegły, ale jak wszedłem w ten boczny korytarz ten był już z betonu”. Jedynym sposobem na poznanie prawdy przeznaczenia tych studni to odkopanie ich, a to już proste nie jest. Przed całym kompleksem „Borów” znaleźliśmy ten pozostałość po antenie radiowej. Pewności jeszcze nie mamy. Zdjęcie pochodzi z Street View.

DSC_2764 DSC_2765 DSC_2767 DSC_2768 DSC_2772 DSC_2776 DSC_2777 resztki po maszcie antenowym

droga przez borowski las

droga przez borowski las

ślad po rampie kolejowej

ślad po rampie kolejowej

głębokie wykopy

głębokie wykopy

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


AKTUALIZACJA 

20.09.2014

BORÓW – Tajemnica II wojny

Rzeźba terenu

Rzeźba terenu

Ile razy bym tam nie był zawsze mnie czymś ten las potrafi zaskoczyć. To, co pokazuje tym razem to tylko moja mała prezentacja. Dość, że to tylko fragment tajemnic to jeszcze nie mogłem opisać czy pokazać czegoś, czego nie potrafię wyjaśnić. Cały las poszyty, dosłownie jest rowami, nasypami, płaszczyznami i innymi śladami niewiadomego przeznaczenia. Przyroda po 70 latach umiejętnie skrywa w swojej skórze blizny z wojny. Mech i porosty i ludzkie nieodpowiedzialne ręce skryły ślady przeszłości. Niestety zdjęcia nie są trójwymiarowe i nie odzwierciedlają do końca rzeczywistości. Dlatego wiele z nich nie wstawiam, bo nie pokazują dosłownie tego, co chciałem pokazać. Choć znam się na fotografii to jednak wole fotografować przyrodę i o wiele lepiej mi to idzie. Mam nadzieje, że Tomasz mając lepszy sprzęt i lepsze oko do tego typu zdjęć, pokaże las tajemnic w zupełnie innym świetle. Postanowiliśmy zrobić film o tym lesie. Myślę, że on jest bardziej w stanie pokazać prawdę o tych obiektach a nie, jak w przypadku zdjęć tylko płaskie fotografie. Trzeba tylko poczekać, aby las zgubił trochę zieleni, gdyż to ona właśnie najwięcej skrywa. Zeszliśmy tylko niewielki fragment całego terenu. Kto wie, co on w sobie jeszcze kryje. Największe wrażenie na mnie robią ogromne leje. Nie mam jak pokazać ich wielkości, ale są głębokie na parę metrów. Aż strach pomyśleć, jakich ogromnych eksplozji doświadczył ten niewinny las. Byłem tam nie raz, ale kolejny raz zaskoczył mnie w postaci „kościanego pola”. Całe pole usiane szczątkami zwierząt i chyba ludzi, gdyż, co do jednej kości jestem przekonany, że jest ludzka. Z opisu wiadomo, że było tam kilkuset ludzi z obsługi i podobnie przymusowych pracowników. Nie sądzę, jak wiemy z historii, żeby pracownicy dostawali mięso do jedzenia. Wiec prosty wniosek kości mogą być pozostałością po kuchni dla strażników czy personelu. Całe pole to jedno wielkie cmentarzysko.

 


nebelwerfer-41

NEBELWERFER W AKCJI

Schemat budowy rakiet Nebelwerfer.Widoczny Propellant 7 Sztuk.

Schemat budowy rakiet Nebelwerfer.Widoczny Propellant 7 Sztuk.

Zaraz obok są widoczne ślady po budynkach, kto wie może to był gospodarczy fragment kompleksu Borgdorf. Bez planów czy świadka nie dowiemy się tego. Jak pokazałem na zdjęciu, znalazłem ślady po okopach, to potwierdza słowa świadka, które wspomnienia spisałem wyżej. Za okopami jest nasyp, myślałem kiedyś, że to stara rampa kolejowa. Teraz wiem, że służyła po prostu za ochronę stanowisk artylerii albo moździerza. Stanowiska za nasypem były bezpieczne. Jak widać na zdjęciach nie trzeba się namęczyć, by zobaczyć potężne kawałki rozerwanych bomb, albo całe połacie amunicji strzeleckiej. Niestety są w kiepskim stanie. Pojemniki na rakiety Nebelwerfer nadal leżą na widoku, a wszelkich kawałków wojennych jest tak dużo, że przyprawiają o zawrót głowy. Najgorsze jest to że las jest wprost poryty łopatami i saperkami amatorów militariów. Jeden fragment był tak skopany, że z daleka myślałem, że to dziki! Nie ma dosłownie metra kwadratowego bez śladu kopania przez poszukiwaczy. Najgorsze jest to, że kopią bez zastanowienia, w co trafią łopatą. Tomasz pokazał mi wykopany otwór w ziemi, widać było idealnie okrągły ślad po pocisku artyleryjskim lub moździerzowym. Ktoś dość, że go wykopał to jeszcze go zabrał. Ludzie, a zwłaszcza młodzież zapomina, że ten las zabija nadal. Widzieliśmy miejsce gdzie ktoś dosłownie rył w ziemi, na oko, jak popadło. Do tego na ziemi znalazłem niedopałek ze śladem szminki. Lekkomyślność ludzi i ich głupota nie ma granic. Gdyby ta łopata trafiła w coś niebezpiecznego w ziemi to może po nim, i po niej tylko ten ślad szminki na niedopałku zostałby na pamiątkę rodzicom. Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że ziemia w tym lesie niszczy sobą każdy metal. Jakby las chciał pochłonąć krzywdy, które doznał 70 lat temu. Mimo, że wszystko to jedna rdza to i tak amatorów, i jak widać amatorek kopania nie brakuje.

Nebelwerfer z Borowa wykopany przez saperów

Nebelwerfer z Borowa wykopany przez saperów

część od rakiety

część od rakiety

część

część

Pojemnik od Neberwerfera

Pojemnik od Neberwerfera


10.05.2015

widok na całość mostka

widok na całość mostka

Parę miesięcy temu w styczniu zamieściliśmy post dotyczący ciągle nas frapującego lasu w Borowie, a konkretnie były to zdjęcia mostku melioracyjnego z inicjałami Dr Ing Gotthard Muller, Breslau 1941. Trochę czasu jak widać minęło, ale udało nam się zidentyfikować zamieszczone inicjały, nie jest to, co prawda opowieść, bo i trudno znaleźć jakieś materiały, ale na niemieckich stronach można jednak czasem coś wyszperać.

W historycznym rejestrze architektów niemieckich widnieje mężczyzna o tym imieniu i nazwisku. Przy danych znajduje się wpis, że Dr Ing Gotthard Muller jest oficerem rządowym i w latach 1929 przebywał w Königsberg, czyli w Królewcu. Znajduje się tam również data urodzenia 04.01.1881 Wolfenbüttel, miasto w Saksonii.
Z kolei w książce adresowej z 1940 roku dla miasta Halle widnieje taki oto wpis:

Dr Ing. Gotthard Muller
Inżynieria lądowa i wodna, budownictwo podziemne i żelbetowe.

Zatrzymajmy się na chwile w mieście Halle, czyli inaczej Dobrogóra, jest to miasto położne na rzeką Soławą gdzie latem 1944 na obrzeżach miasta utworzono obóz pracy Birkhahn-Mötzlich, będącego filią obozu w Buchenwaldzie. Więźniowie z Polski, Czech, ZSRR, Francji, Holandii pracowali w zakładach lotniczych Siebel Flugzeugwerke. Jest to jeden
z nielicznych obozów, o którym jest bardzo mało informacji, tak jakby go w ogóle nie było.

Wróćmy jednak tematu lasu w Borowie i do osoby Gottharda Mullera. Inżynieria lądowa i wodna raczej każdy wie, czym się zajmuje, ale ważne jest, że jedną ze starszych odmian tej dziedziny jest inżynieria wojskowa, która obejmuje: fortyfikacje, minerstwo, mostownictwo wojskowe, drogownictwo wojskowe, maskowanie techniczne, organizację i mechanizację prac inżynieryjnych, geologię i hydrotechnikę wojskową i in. Zajmuje się projektowaniem optymalnych rozwiązań konstrukcyjnych oraz technologią i organizacją prac przy budowie obiektów fortyfikacyjnych, mostów i dróg wojskowych, przy przedsięwzięciach minerskich. Informacja, że Gotthard Muller był oficerem rządowym pozwala nam domniemywać, że inżynieria wojskowa nie była mu obca. Informacja o tym, że nasz tajemniczy Gotthard Muller zajmował się również budownictwem podziemnym i żelbetowym to kolejny z możliwych dowodów na to, że las w Borowie to nie tylko miejsce usiane pozostałością po zwykłych bunkrach ale miejsce gdzie mieścił się cały system budowli podziemnych wchodzących w skład ,,jednego z największych niemieckich składów amunicji” wraz z całą jego infrastrukturą.
Wciąż szukamy dalszych informacji i mamy nadzieję, że kiedyś być może uda się nam rozwiązać zagadkę borowskiego lasu.

mostek (lewa strona)

mostek (lewa strona)

mostek (prawa strona)

mostek (prawa strona)

Przepływ na kanale

Przepływ na kanale


Borów 13.07.2015

Część pierwsza 

latryna

latryna

Wracamy do lasu borowskiego, na zaproszenie Pani Oli Szambelan (dziękujemy Pani Olu, proszę też podziękować wujowi). Pani Ola napisała do naszej redakcji informację, że jakoby na polu jej wujka jest jakaś pozostałość, z czasów istnienia poniemieckich magazynów w Borowie. Spotkaliśmy się z Panią Olą i jej wujkiem. Zaprowadzono nas na pole, tam w zbożu pokazano nam murowany obiekt w kształcie prostokąta. Wielkość obiektu to około 4-5 metrów długości i jakieś 3 metry szerokości.Fundament zdaje się jest betonowy, wykończenia ceglane z takiej samej cegły, z jakich zbudowano magazynowe studnie melioracyjne. W bocznych ścianach można zauważyć ceramiczne rury kanalizacyjne. Na zabudowie widoczne wyżłobienia po jakieś niewiadomej instalacji. Wnętrze obiektu wypełnione jest ziemią, jednak na końcu obiektu widać wodę. Prawdopodobnie jest to studzienka kanalizacyjna, wujek twierdził, że kiedyś nie było tu tej ziemi i było dość głęboko. Studzienka, rury ceramiczne a nawet ślady wody na ścianach sugerują o przeznaczeniu tego obiektu. Prawdopodobnie jest to jakiś obiekt sanitarny. Na zabudowie ceglanej widać wyżłobienia. Czy była tu zabudowa drewniana? Wuj twierdzi, że obiekt ten prawdopodobnie był latryną dla obsługi magazynowej. Przypomnijmy, że zaraz obok były baraki. Może i rzeczywiście to była latryna? Obiekt przypomina też wyglądem szambo. Ślady wyżłobień mogą pochodzić od pokrywy zabezpieczającej odstojnik nieczystości. Obsługa składu amunicji musiała mieć latryny, ale też i łaźnie. Czy jest to szambo, odstojnik nieczystości czy rzeczywiście latryna? Nas zainteresowały te ceramiczne rury w bocznych ścianach. Są wyżej niż poziom ziemi na polu. Nurtuje nas pytanie, czy przez te rury miała woda wpływać czy wypływać. Skoro w obiekcie jest studzienka to raczej woda musiała tam wpływać. Skoro tak, czemu te rury są tak wysoko? Może to odpływ dla wody deszczowej? Może łaźnia była gdzieś obok i tymi rurami płynęła brudna woda do szamba? Więcej pytań niż odpowiedzi. Jednak dzięki Pani Oli i jej wujkowi, odsłaniamy kolejne czarne plamy w przeszłości Borowa. Pokazano nam o wiele więcej niż się spodziewaliśmy. Zobaczyliśmy miejsca, o których nie mieliśmy dotąd pojęcia! Ta okolica skrywa w sobie o wiele więcej obiektów niż ten, który wam pokazujemy. Wkrótce ujawnimy wam to, co dzięki życzliwości tych ludzi zobaczyliśmy. Tajemnice lasu borowskiego wydają się nie mieć końca…

DSC_3341

DSC_3338 DSC_3368


Spotkanie z Panią Olą Szambelan i jej wujkiem część 2.

Zbiornik na wodę

Zbiornik na wodę

 

Studnia głębinowa

Studnia głębinowa

gruz ze studni

gruz ze studni

znikająca droga

znikająca droga

Poprzednio opisaliśmy wam ziemną budowle przypominającą odstojnik szamba lub latrynę. Obiekt ten leży na prywatnym terenie. Oglądając go usłyszeliśmy od wujka Pani Oli, o zbiorniku na wodę, jakieś 100 metrów od ziemnego obiektu. Zbiornik dziś wygląda jak zwykły przydomowy staw, lecz wtedy podobno jego ściany wyłożone były drewnem. Dlatego w nazewnictwie używamy słowa zbiornik na wodę, a nie staw. Czemu służył? Ciężko to dziś stwierdzić. Może był zbiornikiem na pożarniczą wodę? A może służył, jako rezerwuar wody pitnej? Obok, kiedyś stały baraki, dziś po nich śladu nawet nie ma. Pewnie ten zbiornik musiał być potrzebny właśnie nim. Jednak właściciel terenu zaskoczył nas pytaniem „a studnie głębinową widzieliście?” Wiedzieliśmy o niej, Jan Pogorzelec wspominał w swoich pamiętnikach o tej studni, ale nigdy nie udało nam się jej odnaleźć! Okazało się, że bez pomocy Pani Oli i wujka nigdy byśmy jej nie odnaleźli, gdyż znajduje się ona na środku pola kukurydzy. Zaprowadzono nas do niej. Studnie ciężko wypatrzeć, gdyż porastają to miejsce gęste krzaki. Widać przez nie jakieś płyty betonowe, także cegły. Niestety nie wiemy, jaki był pierwotny kształt tej studni. Sama studnia ma kształt kwadratu o boku długość około 1 metra. Studnia jest częściowo zasypana, ale usłyszeliśmy opowieść o tym, że była kiedyś bardzo głęboka, i były w niej jakieś stalowe rury. Te rury właśnie próbowano dźwigiem z tej studni wyciągnąć jednak podobno urwały się i wpadły w otchłań studni, gdzie spoczywają do dziś. Co ciekawe, nie sądzimy by wodę wydobywano wiadrami ze studni. Rury są na to dowodem. Więc, gdzieś obok musiała być pompownia. Być może pompowała wodę do pobliskich baraków. Co najciekawsze, Pani Ola zaprowadziła nas do miejsca gdzie jak twierdził jej wujek, stały baraki. Mówił o trzech barakach, znaleźliśmy je na polu. Dziś, to same betonowe fundamenty. Mają około 40-50 metrów długości około 15 szerokości. Ku naszemu zdziwieniu skan laserowy pokazał jeszcze dwa obiekty w kształcie prostokąta. Co daje w sumie pięć baraków. Nad nimi, skanowanie laserowe pokazało obiekt w kształcie kwadratu, być może to była właśnie pompownia wody. Zdjęcie satelitarne ujawniło też ciekawy obiekt ( pierwszy od prawej) gdzie można zauważyć widoczne jeszcze ścianki działowe. Być może to był budynek gospodarczy? Nasz przewodnik pokazał nam też kawałek drogi betonowej, która znika na terenie dzisiejszej wytwórni mas bitumicznych. Być może ta droga prowadziła do baraków i pompowni wody.

Plan rozmieszczenia latryny i fundamentów

Plan rozmieszczenia latryny i fundamentów

Fundamenty baraku nr.1

Fundamenty baraku nr.1

Fundamenty baraka nr.2

Fundamenty baraka nr.2

Dowiedzieliśmy się też ciekawych rzeczy, saperzy, którzy corocznie czyszczą teren z niewypałów i niewybuchów, mówili naszemu przewodnikowi, że jeśli istnieją jakiekolwiek plany tego obiektu to na pewno nie w naszym kraju. Można domniemywać, że oni je szukali i nie znaleźli. Jeśli im się nie udało, to niestety nie wróży to sukcesu również nam. Pozostają nam archiwa niemieckie, niestety dopóki się nie dowiemy, jaki kryptonimem oznaczono kompleks w Borowie, szanse na znalezienie oryginalnych planów są praktycznie zerowe. W czasie rozmowy wypłynęły jeszcze dwie ciekawe informacje, saperzy wywieźli z tego miejsca broń (lub może pociski) niewiadomego przeznaczenia. Sami saperzy twierdzili, że nie wiedzą, co to była za „broń”. W latach 70-tych w lesie ćwiczyli żołnierze z jednostki z Kościelnej Wsi. Dlaczego tu? Nasz przewodnik nie wiedział. Jednak przebywali na tych ćwiczeniach około 2 tygodni. Jak widać Borów nie przestaje zadziwiać.

Plan rośmieszczenia baraków

Plan rośmieszczenia baraków

DSC_3370

DSC_3368 DSC_3358

 


20.07.2015

Opowieść o Borowie, jaką przedstawił nam Pan Mirosław jest dla nas niezwykle ciekawa. Informacje, które nam przekazał ujawniają wiele nowych faktów, które do tej pory nie były nam zupełnie znane. Opowieść ta jest o tyle ważna, że pochodzi od naocznego świadka tamtych wydarzeń. W nawiasach pozwoliliśmy sobie umieścić własne komentarze. Chcemy tym zwrócić waszą uwagę na najciekawsze fragmenty w tej opowieści.

Świadek Pan Mirosław J. Fragmenty

„Będę zadowolony, jeśli moja pamięć przysłuży się potomnym. Każda forma współpracy – pisanie, spotkanie – jest możliwa i do uzgodnienia. Na początek chętnie bym się zmierzył z oczekiwaniami, listą problemów/pytań, na, które należy znaleźć odpowiedzi.

Drogą do Opatówka przez poligon przejeżdżałem w miarę świadomie począwszy od roku ’45-’46(?). Wynikałoby z tego, że „tajemnice” poligonu były średnie. Co innego, jeśli spojrzymy na bezpieczeństwo. Zarówno Czerwonoarmiści, jak i nasi saperzy do średnich lat ’50-tych trzymali nad miejscem dziurawą pieczę. (red : Czyli prawie 10 lat po wojnie! Skoro to były zwykłe magazyny, skąd zainteresowanie Sowietów? Dlaczego byli tam aż tak długo?)

borowska droga

borowska droga

DROGA – Ułożone równo, przeraźliwie równo, betonowe, prefabrykowane płyty. Szczeliny, też niewiarygodnie równe, niczym niewypełnione. (red : jeden z naszych świadków opisywał, że podkład pod tą drogę sprowadzany był z Niemiec, jeśli to prawda to Niemcom bardzo zależało na jakości tej drogi, dziś nikt nie wie, co kryje się pod płytami betonowymi) Na szczęście jeździłem po tych płytach lekka bryczką z kołami o gumowych obręczach, więc w uszach dźwięczą mi tylko głuche stukoty. Niesamowitym zgrzytem były dla mnie zakręty i skrzyżowania. Niemcy umieli składać tylko prostokąty a więc w „krzywych” miejscach były niczym niewypełnione dziury. Przez te dziury droga sprawiała wrażenie niedokończonej, dotyczy to całej długości od przejazdu kolejowego w Opatówku do poligonu w lesie. Część płyt była jeszcze ruchoma i pod większym obciążeniem płyty drgały.(red : a to ciekawe!)

wał z humusu?

wał s humusu?

LAS – Obecne zalesienie to wynik upływu czasu, jest to las samosiejkowy. Wtedy las był dość rachityczny, tak to pamiętam. (red : wielu świadków potwierdza ten fakt, na przedwojennych mapach zaznaczono tylko niewielki lasek. Swoją drogą dla nas jest to o tyle dziwne, że tajny i ważny militarnie obiekt nie został ukryty w lesie. Pewnie chodziło o bliskość linii kolejowej. Dlaczego wybrano akurat Borów, nikt nie potrafi odpowiedzieć ) Teren sprawiał wrażenie ziemi rolnej, zdeformowanej przez działalność budowlaną. Powszechnym, rzucającym się w oczy widokiem były wały usypane, zdaniem mojego Ojca, z humusu. Podobno humus był wywożony, a wały pełniły rolę magazynów przejściowych. Wały miały kształt trapezu o wysokości kilkudziesięciu cm i szerokości u podstawie ok 1,5m ( nie mierzyłem, na oko). (red : myślimy, że takie wały miały na celu zniwelowaniu fali uderzeniowej gdyby doszło do przypadkowej eksplozji) Nikt w moim otoczeniu nigdy nie wspominał, aby poligon był przez kogoś bombardowany. ( red : kilkoro świadków mówi co innego) Nie wspominano też o polach minowych. (red : miny były na terenie kompleksu, ale być może jako towar magazynowy, a nie w celach bezpieczeństwa obiektu) Nikt z okolicznych szabrowników nie odniósł szkody po wejściu na minę. Szkody i to czasem tragiczne wynikały z majsterkowania materiałami niebezpiecznymi, czasem były to miny przez szabrowników uzbrajane a wybór wśród min był wyborny.

leje po eksplozjach

leje po eksplozjach

Istniejące pozostałości po różnej wielkości lejach to moim zdaniem ślady działalności saperów obydwu zaprzyjaźnionych armii. ( red : obsługa kompleksu pod koniec 1944 roku wysadziła borowskie bunkry, nie wysadzono tej broni, może Niemcy mieli nadzieję, że nie będą musieć opuszczać Borowa? Dlaczego nie wywieziono tego wszystkiego w głąb Niemiec, skoro mieli czas na wysadzanie, dlaczego wysadzono bunkry a nie broń, czemu one były ważniejsze od pozostawionej broni? Nie wiadomo. Leje po bombach są ogromne, czy są to leje po wysadzaniu amunicji, czy po ostrzale trudno stwierdzić. Znaleziono kiedyś w borowskim lesie, niewybuch czołgowego pocisku produkcji radzieckiej, to może być dowód na ostrzał kompleksu przez Armię Czerwono. Jak było naprawdę? Na razie nie wiemy, to tylko hipotezy) Amunicji poniemieckiej nikt używać nie chciał, więc unieszkodliwiano ją poprzez pośpieszne detonacje. ( red : po 70 latach po wojnie, końca nie widać w rozminowaniu Borowa, nadal saperzy wykopują i niszczą na swoim poligonie setki sztuk amunicji wszelkiego rodzaju, czyżby dlatego, że ich koledzy zaraz po wojnie zlekceważyli swoją pracę? A może te eksplozje nie służyły wysadzaniu amunicji, ale czegoś innego, o czym nie wiemy? Niemcy wysadzili bunkry a zostawili amunicje, Co robiła tam Armia Czerwona? ) Pamiętam miesiące całe jak szyby w oknach trzeszczały a czasem pękały (mieszkałem 3km w linii prostej od poligonu). W czasie akcji detonowania poligon był strzeżony, detonowano w określonych godzinach, dodatkowo używano ostrzegawczych sygnałów dźwiękowych. Posterunki przy wjazdach na poligon blokowały na ten czas przejazd.

Akcję rozpoczęli Czerwonoarmiści. Ich interesowały największe kalibry. Zrozumiałe, że i leje i wybuchy były wyjątkowe. Dużego kalibru amunicja artyleryjska (kal. ok 75) układana była warstwami, cztery pociski w warstwie. Następna warstwa kładziona była prostopadle i tak do 4, 5 warstw. Detonowano to wszystko jakimś detonatorem i powstawał lej o głębokości kilku metrów i średnicy u góry ok. 6m. Mniejszymi kalibrami na wstępnym etapie nikt się nie przejmował, zostały przemieszane z ziemią na duże głębokości. Czekają do tej pory. Amunicja w stosie też nie zawsze wybuchała w 100%. Bywało, że była rozrzucana i też pewnie czeka w leju wcześniej zrobionym. Tak detonowane pociski czasem startowały do samodzielnego lotu. Jeden z nich spadł na łąkę ok 200m od mojego domu. Pomimo, że zostawił ślad nie udało mi się go wydobyć. ( red: do dziś w lesie borowskim spoczywają być może setki rakiet typu Nebelwerfer, dziwne jest to, że jeśli Sowieci wysadzali pociski największego kalibru to, czemu zostawili rakiety Nebelwerfer, Pan Mirosław opisał właśnie taką sytuacje, „samodzielny lot” to na pewno Nebelwerfer. Nie tak dawno saperzy wywieźli na zniszczenie 31 sztuk tych rakiet. Czy Sowieci mogli ich nie zauważyć przebywając tam prawie 10 lat??? A może wcześniejsze niemieckie eksplozje, lub radziecki ostrzał, tonami ziemi uniesionymi potężnymi eksplozjami zakryły miejsca przechowywania tych pocisków?) Później pałeczkę przejęli saperzy WP. Oni działali delikatniej, ale piasku przez sita też nie przesiewali.” ( red : czy saperzy radzieccy pomagali naszym saperom? Czy wpuszczono dopiero naszych jak Rosjanie sprawdzili już wszystkie tajemnice Borowa? Kolejne pytania bez odpowiedzi! )


22 lipca 2015 roku 

Dziś wstawiamy wam niesamowitą opowieść Pana Mirosława dotyczącą Borowa. Tym razem nasz cenny informator opisał, jakie „zabawki” skrywał w sobie borowski Poligon.

„Poligon” we wczesnych latach powojennych był strzeżony. Dojście w rejony najciekawsze a jednocześnie niebezpieczne był utrudniony. Wysilam pamięć próbując przypomnieć sobie, na czym pilnowanie polegało, ale niestety nie pamiętam. Wiem tylko, że dotarcie na „borowskie”, czyli na poligon łatwe nie było. Pamiętam również awantury w szkole, jeśli ktoś wpadł na wyprawie w te rejony. Wyprawy połączone były, zatem ze strachem i pośpiechem. Koledzy wzajemnie się informowali gdzie i po co warto się było narażać. Były też jakieś szeptane ustalenia, co do ryzyka kontaktu z określonymi rodzajami uzbrojenia. Bardzo szybko nauczyliśmy rozróżniania amunicji uzbrojonej od „bezpiecznej”.
Niektóre rejony poligonu były dla nas interesujące, inne nie. Do tych ostatnich zaliczam rejon gdzie po latach powstał jakiś zakład drogowy (początek poligonu od strony Borowa po prawej stronie).

Zakres naszych zainteresowań:

• amunicja strzelecka każdego rodzaju;
• broń strzelecka (rarytas);
• spłonki, detonatory i lonty;
• proch każdego rodzaju, dynamit i „fosfor”;
• panzerfasty (same głowice bez urządzeń do odpalania);
• granaty z trzonkiem drewnianym (handgranate);
• ładownice i różnego rodzaju torby wojskowe (w czymś trzeba było zdobycz transportować).

Nie interesowało nas:

• resztki zabudowy;
• bunkry (była obawa przed miejscami zakrytymi i z utrudnionym dojściem);
• amunicja moździerzowa i różnego rodzaju miny, zwłaszcza talerzowe;
• elementy ciężkie w tym amunicja artyleryjska i rakietowa;

• Amunicja strzelecka.

Miliony (?) nabojów karabinowych, pistoletowych a także rakiet sygnalizacyjnych walało się wzdłuż drogi (odcinek prosty w kierunku Starego Nakwasina, strona lewa) w warstwie może i pół metra grubej. Znaczna część tej amunicji była zdetonowana w zbiorowych wybuchach i wtedy powstawały zaspy „olchowych liści”. Rozerwany pocisk karabinowy, jego łuska zwłaszcza, przypominał taki liść uschnięty jesienią. Chodziło się po nich brnąc po kostki a czasem i głębiej. W liściu olchowym pęknięta i pogięta była tylko łuska, często tkwił w niej pocisk, czyli „czubek”. Liście nas nie interesowały, braliśmy tylko naboje sprawne. Najlepiej, jeśli były one załadowane do łódek (ładowników) po 5 albo 7 sztuk.
Naboje służyły do produkcji broni własnej.
Naboje pistoletowe pakowane były w tekturowe pudełka po 25 szt. (?). Za moich czasów tego typu amunicja była już przebrana i rzadko spotykana.

• Broń strzelecka.

Trudna do zdobycia, ale dwa karabiny i pistolet maszynowy przed ojcem ukrywałem.

• Spłonki, detonatory i lonty.

Najmniejsze słonki pakowane były po 12 szt. do „piórników”. Były to listwy drewniane, odpowiednio ponawiercane, w otwory powciskane były spłonki. Pojedyncza spłonka zawierała mało materiału wybuchowego i była groźna tylko dla oczu. Zabawa polegała na uzbrojeniu wszystkich spłonek w jednakowe, krótkie lonty, podpaleniu ich jedną zapałką i niespiesznym odrzuceniu całości. Kto nie zdążył nosił dłoń w bandażach a i tyłek też.
Pamiętam, że lonty miały różny kaliber. Najczęściej spotykany był zbliżony grubością do papierosa.
Były bardzo groźne detonatory wkręcane w pociski artyleryjskie, one były niebezpieczne bez dodatkowych ładunków.

• Proch każdego rodzaju, dynamit i „fosfor”.

Wysypywaliśmy proch z nabojów karabinowych po wyjęciu z nich pocisku. Znajdowaliśmy proch zielono/żółty w postaci pasków (1cmX15cm ?). Wydobywaliśmy dynamit z rozbrojonych (nieuzbrojonych) pocisków artyleryjskich. Z tychże wydobywaliśmy również długie czerwone laski (fosfor). Cenne, bo można było posmarować nim obcasy butów i imponować draską do zapalania zapałek.
Zielono/żółte paski służyły do bolesnej zabawy dla nóg zwłaszcza gołych. Pasek kładło się na kamieniu i młotkiem/kamieniem w niego waliło. Następował lokalny wybuch a resztki paska pryskały w koło, najczęściej trafiały w gołe nogi i tam czekały na wydłubanie.
Oddzielnym, bardzo cenionym materiałem był dynamit, zwłaszcza w okolicach Wielkiej Nocy. Materiał ten detonowany był w „lufach”, sprzęcie sporządzanym chałupniczo, ale to inny temat.
Znane są też przypadki detonacji tego materiału w nieużywanych piecach, jeśli ktoś nierozważnie w lecie ogień w nich rozpalił.
Wydaje mi się, że głównym źródłem dynamitu były panzerfasty. Wydłubywaliśmy go z głowic nożami, czasem dłutkami. Pamięć jest zawodna, ale wydaje mi się, że dwa rodzaje tego materiału występowały. Jeden stosowany w „lufach” wybuchał pod w pływem uderzenia. Drugi było bardzo trudno zdetonować mechanicznie. Potrzebna była wysoka temperatura, w niższej dynamit palił się jasno/żółtym płomieniem bez detonacji.

• Panzerfasty, granaty z drewnianym trzonkiem.

W mojej pamięci to uzbrojenie zachowało się jako „bezpieczne”. Huku można było narobić bardzo dużo. Można też było wysadzić pniak/pień ściętego drzewa zamiast mozolnie go wykopywać. Czasem długo „wióry” trzeba było szukać, aby coś jednak na opał uratować.
Panzerfasty detonowaliśmy w ogniskach

• Oporządzenie wojskowe.

Pamiętam mnóstwo ładownic, takich noszonych na pasie. Pożytku było z nich niewiele, bo telefonów komórkowych jeszcze nie mieliśmy. Ciekawsze były torby „raportówki” i owijacze do butów, stanowiły one po zapięciu przedłużenie cholewki buta. Przynosiliśmy też blaszane pudełka zastosowania, których nie znam. Mnóstwo było pojemników z karbowanej blachy, które też chyba można było do pasa przytroczyć.


Aktualizacja 6 Stycznia 2017

Korespondencja własna R.G.H

Analiza tesktu naszego kolejnego świadka

„Witam wszystkich forumowiczów. Specjalnie założyłem tu konto, by wam troszkę opisać jak wyglądały magazyny w Borowie. Na wstępie coś na temat bunkrów. Takowych nie było.”

Przez te wszystkie lata naszego dochodzenia udało się nam dotrzeć do kilkunastu świadków. Co ciekawe, zdania na temat bunkrów w Borowie są podzielone. Jan Pogorzelec wspomina o 6 żelbetowych schronach, niestety pamiętnikarz nie podaje ich dokładnej lokalizacji. Kolejny świadek, z którymi rozmawialiśmy wspominał o schronach zasypanych dla bezpieczeństwa lub kamuflażu od góry piaskiem. Wejścia były na poziomie gruntu gdzie schodkami schodziło się w dół do ich wnętrza. Kolejny świadek (mimo swoich zapewnień wycofał się potem) miał nam pokazać schron znajdujący się dziś na prywatnej posesji. Podobno właściciel posesji cofnął zgodę. Natomiast inni świadkowie twierdzili, że żadnych betonowych budowli tu nie było. Czy w borowskim lesie były jednak jakieś schrony? Faktem jest niepodważalnym, że las jest wprost zasypany żelbetowym gruzem! Zwłaszcza w północnej części lasu. Niektóre kawałki betonu ważą nawet setki kilogramów! Najbardziej ciekawym kawałkiem żelbetu jest ten, na którym widać schody. Czy to nimi schodziło się do podziemi jak twierdził jeden ze świadków? Jedno jest pewne, potężne eksplozje rozniosły ogromne kawałki zbrojonego stalą betonu po niemal całym lesie. Jeśli bunkrów żadnych nie było, jak twierdzą niektórzy świadkowie, to jak wytłumaczyć pochodzenie tego żelbetowego gruzu?

ogromny kawał betonu z widocznymi „schodkami”

Na terenie wytwórni mas bitumicznych znajdowały się schrony, w późniejszym czasie wykorzystywane, jako zbiorniki na asfalt. Obecnie zasypane po modernizacji firmy.

Kolejny przykład i kolejna legenda. Czy pod dzisiejszą Wytwórnią Mas Bitumicznych są jednak zasypane magazynowe podziemia? Nie ma na to żadnych dowodów, jest jednak kilku świadków przekonanych o tym, że takie pomieszczenia naprawdę istniały. Co znamienne i ciekawe, fakt ten potwierdzają tylko ci najstarsi świadkowie. Czy można domniemywać, że wkrótce po wojnie wejścia zostały zamknięte i dlatego ci młodsi o nich nie wiedzą? Zapytaliśmy kiedyś o tajemnicze podziemia właściciela terenu. Osobiście w to nie wierzy. Jednak słyszał o podziemnych schronach i polecił nam pewnego wieloletniego pracownika emeryta, który wiele razy opowiadał mu o tajemnicach Borowa. Jak tylko uda nam się z nim spotkać, to być może dowiemy się czegoś nowego. 

Po tej samej stronie, 100 metrów dalej znajduje się niemiecka studnia głębinowa częściowo zasypana. Około 50m w bok od studni znajdują sie fundamenty po magazynach. Tam znajdowały sie magazyny odzieżowe i żywnościowe i mundurowe. Jeszcze dziś można tam wykopać hełm, guziki, niezbędniki itp. Po wojnie magazyny rozebrano a z tej cegły zostały wybudowane szkoły w Tłokini Wielkiej, Opatówku, Rajsku i Cieni, resztę budulca zagarnęła okoliczna ludność.

Jak to magazyny odzieżowe? Wszak „ekspert” z miesięcznika „Odkrywca” w swoim artykule zaprzeczył, że takowe istniały! Dlaczego autor artykułu nie porozmawiał z mieszkańcami? Nie było w Borowie magazynów? Osobiście dotykaliśmy kurtek, płaszczy, butów, itd. pochodzących z borowskiego lasu a będących dziś w prywatnych rękach. Jeszcze niedawno na aukcji internetowej można było zobaczyć czarny, skórzany gestapowski płaszcz pochodzący z borowskich magazynów. Czy kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt osób mieszkających w najbliższej okolicy kłamie o tym, że te rzeczy trafiły do nich z magazynowych pomieszczeń? Tak naprawdę to, co mogliśmy osobiście zobaczyć to tylko kropla w morzu rzeczy zabranych po wojnie z borowskich magazynów! Nikomu do dziś nie udało się dotrzeć do archiwalnej dokumentacji dotyczącej Borowa. Dopóki nie uda się rozszyfrować, pod jakim kryptonimem Niemcy ukryli magazyny broni i amunicji, szansa na dotarcie do dokumentów wydaje się być zerowa. Skoro taka dokumentacja jak na razie nie została odnaleziona a jedynym źródłem informacji są tylko świadkowie. To żaden „ekspert” bez rozmowy z nimi nie może opisywać czytelnikom, co było, a co nie było w borowskim lesie (Interia napisała błędnie „borowym lesie”), bo tak naprawdę tego sam nie wie. 

graficzne przedstawienie magazynów

Co do magazynów w lesie. Były to drewniane szopy wyglądem przypominające stodołę przykryte siatką maskującą. Po stronie borowa było ich około 20. W nich znajdowała się ciężka amunicja pancerna i zapalniki. Bliżej szosy znajdowały się magazyny z amunicją karabinową i pistoletową, jeszcze 30 lat temu troszkę kopiąc wyciągaliśmy ją w papierowych pudełkach. Później drogowcy zrobili sobie tam wysypisko i wywozili tam gruz i asfalt z dróg.

Trzeba zaznaczyć jedno, jak twierdził nasz najcenniejszy świadek Pan Mirosław cytujemy: 

„Obecnie zalesienie to wynik upływu czasu, jest to las samosiejkowy. Wtedy las był dość rachityczny, tak to pamiętam.”

Sprawdziliśmy to. Przedstawiamy wycinek mapy z 1940 roku. Jak można zauważyć, nie ma na niej ani lasu ani nawet drogi od Borowa do Starego Nakwasina. Droga i obiekty zostały wybudowane przez okupanta nieco później. Dlaczego Niemcy nie skorzystali z możliwości ukrycia borowskich obiektów w zalesionym terenie, nie wiadomo. Na pewno decydującym czynnikiem za budową tutaj magazynów na broń i amunicję była bliskość torów kolejowych. Jednak, co zdecydowało tak naprawdę o lokalizacji tak ważnego obiektu tutaj a nie np. w lesie Winiarskim? Tam Niemcy z łatwością mogli ukryć tajne obiekty w gęstwinie leśnej i to przy tej samej linii kolejowej! Jednak podjęto inną decyzję, dlaczego?  A może czynnikiem decydującym o lokalizacji magazynów w odległym o kilka kilometrów od Winiar Borowie był ogrom składowanej tam amunicji?

mapa topograficzna z 1940 roku. Kreską zaznaczona dzisiejsza droga do Starego Nakwasina

 „całe szczęście, że nie eksplodowała amunicja ukryta w bunkrach, bo gdyby tak się stało całkowitemu zniszczeniu uległy by pobliskie wioski”- jak pisze pamiętnikarz.

Może tym największym atutem wybudowania kompleksów magazynowych w Borowie był strach przed przypadkową eksplozją?

Tego dziś nikt nie wie. Brak naturalnego kamuflażu w postaci drzew, nie dziwi fakt użycia przez obsługę siatek maskujących. Jan Pogorzelec pisał :

„Niemcy składowali broń, amunicje i sprzęt wojskowy w różnych punktach na terenie lasu w bunkrach pomalowanych na zielono – szary kolor.”

Jak widzimy i bunkry zostały pomalowane na maskujący kolor.

Wjeżdżając do lasu od strony Nakwasina po lewej stronie widoczny jest nasyp. W czasie wojny znajdowało sie tam stanowisko moździerzy, oraz było ustawione działo lufą w kierunku Koźminka, do dziś pozostała tam transzeja, w której można wykopać amunicję do moździerza, oraz pociski do tego działa.

kierunek natarcia Armii Czerwonej na niemieckie umocnienia polowe na północnym odcinku lasu

Pisaliśmy już o tym miejscu. Jeden z żyjących świadków wspomina:

„Panie te ruskie nie wiedzieli chyba, co jest w tym lesie w Borowie. Naszą wioskę i sąsiednie wioski zdobyli bez jednego strzału, ale jak wyszli na otwarte pole od Starego Nakwasina to się taka bitwa zrobiła, że nawet do nas kulki (pociski) spadały. Moją taką koleżankę w nogę na środku podwórka trafiło. Słychać było jak strzelali. Czasem też dużą eksplozję. Panie ruskich na tych polach leżało ogrom. Całe pole trupami było usiane. Oni widocznie nie wiedzieli, że tego lasu Niemcy tak bronić będą. Nikt z nas nie podchodził blisko bitwy, wiec nie wiem, co tam się działo. Wiem, że chyba ruskie armaty, podciągnęli, bo jak zaczęli walić w ten las do dosłownie drzewa do góry wyrzucało. Wybuchy były potężne, bo oknami nam ruszało, W wioskach bliżej lasu podobno ani jedna szyba nie ocalała. Jak ruskie zdobyli w końcu las okazało się, że obrońcy uciekli. Jednak podobno dogonili ich i mordowali tych zdrajców (własowców), bo o nich najbardziej im chodziło”(…)

Kubelwagen

Wielokrotnie penetrowaliśmy las w poszukiwaniu śladów okopów i umocnień polowych. Jedyne widoczne miejsce do dziś, to kilkadziesiąt metrów zygzaków okopów od strony Starego Nakwasina. Tutaj jak twierdzi świadek miała miejsce próba zatrzymania Czerwonoarmistów przez żołnierzy stacjonujących w borowskim lesie. Tu trzeba rozważyć kilka „dziwnych” dla nas kwestii. Wszyscy świadkowie zeznają, że Niemcy pod koniec 1944 roku wysadzają obiekty w lesie. Mieli dość czasu by to zrobić, i dość czasu by wywieźć wszystko, co tylko mogło im się przydać. Jednak tego nie uczynili. Dlaczego do końca i tak zaciekle próbowali bronić lasu przed o wiele silniejszą Armią Czerwoną? Kiedy robiliśmy dokumentację fotograficzną resztek średniowiecznego grodu niedaleko Borowa opowiedziano nam dość niezwykłą historię. Podobno, kiedy Koźminek zajęli czerwonoarmiści. Od Koźminka właśnie miał pędzić w stronę Borowa samochód typu Kubelwagen. Auto było wyładowane po brzegi wszelkiego rodzaju bronią. Jadący z maksymalną prędkością pojazd zarzuciło i kierowca tracąc panowanie nad kierownicą wpada do fosy. Dwóch niemieckich żołnierzy próbowało auto wydobyć z wody, jednak bezskutecznie. Nerwowo spoglądają w stronę Koźminka. Próbują auto wypchnąć z błota, silnik wyje, słychać już bliskie wystrzały. Kiedy stwierdzają, że nie dadzą rady wydobyć pojazdu, topią broń i amunicję w wodzie (spoczywa tam do dziś). Potem zostawiają wszystko i biegiem uciekają  na przełaj przez pola w stronę Borowa.  Zastanawiające jest w tej historii to, po co Niemcom w Borowie była potrzebna broń, skoro setki sztuk broni i miliony amunicji mieli tam na miejscu? Dlaczego próbowano dość nieudolnie i bezsensownie bronić borowskiego lasu? Dlaczego mimo ogromnego arsenału, którym dysponowali zdecydowali się na tak desperacki krok. Jak mówią fakty, obrońcy długo się nie bronili. Ci, co przeżyli dostali się do niewoli, a zdrajców „Własowców” na miejscu rozstrzelano.

Jadąc dalej po lewej stronie znajdowały sie magazyny z amunicją pancerną mniejszego kalibru do 100 mm, oraz materiałów wybuchowych. Wzdłuż szosy znajdowały się 4 posterunki okrągłe z kopułą żelbetową i oknem strzeleckim dla wartownika.

Prawdopodobnie chodzi o schrony obserwacyjne typu:

Splitterschutzzelle lub Einmann-bunker – tak nazywa się betonowy walec, który służył, jako jednoosobowy schron lub punkt obserwacyjny. Tego typu walce były używane wszędzie tam, gdzie ludzie nie mogli dotrzeć do odpowiedniego schronienia w czasie nalotu bombowego. Stąd stawiano je najczęściej przy obiektach kolejowych i przemysłowych. Wartownik mógł do niego wejść i schronić się przed nalotem. Skutecznie broniły one przed odłamkami, ale gdyby spadła na niego bomba, nie byłoby po nim śladu”

Jak widać na naszej grafice komputerowej takie schrony różniły się często kopułami. W borowskim lesie można znaleźć jeden z takich „czopów”. Być może, a nawet pewne, że pochodzi on z jednego z Einmann-bunker. Jeśli tak, to borowskie schrony miały kopuły o mniejszym wypukleniu niż pokazujemy na naszej przykładowej grafice. Einmanny, które prezentujemy pochodzą, ze zdjęć zrobionych przez nas w Rise, kompleks Włodarz w Górach Sowich.  

Dwa typy jednoosobowych schronów przy nieistniejącej już dziś oryginlanej betonówce w borowskim lesie

Co do studni, w lesie na powierzchni była ona wymurowana z cegły o przekątnej około 3 m z metalowymi drzwiami. Oczywiście cegła poszła na budowę a drzwi komuś sie przydały. Zejście do studni po wojnie zostało zasypane gruzem i betonem, by nikt tam nie mógł wejść. Obok znajduje się druga studnia zasypana do poziomu ziemi. Co najciekawsze, o czym nie wszyscy wiedzą istniało przejście pod betonówką ze studni na drugą stronę jezdni gdzie znajdowała się jakąś budowla z cegły, lecz zawalona więcej na priw.

Zatrzymajmy się tu na chwilę! Do tej pory udało nam się odkryć na tym terenie 5 studni ceglanych i jedną betonową studnię głębinową. Ciekawostką jest to, że 4 z tych 5 studni są jednakowe. Jedna zasadniczo się różni się od pozostałych. Tamte 4 mają ścianki proste i jednolite. Ta nietypowa studnia od góry się zwęża. Na tym zwężeniu wybudowano kwadratową betonową ramę (leży obok rozbita) czy to na niej zamontowano te metalowe drzwi, o których mówi świadek?

 „przekątna 3 metry” – nasza nie ma 2 metrów

„zejście po wojnie zasypane” – nasza jest zasypana, ale nie gruzem 

„obok znajduje się druga studnia” – nasza jest jedyna w okolicy no chyba, że drugą znajdziemy pod ściółką leśną. Albo po prostu to nie to miejsce które szukamy

Najciekawsze jest to zdanie o podziemnym przejściu pod betonową drogą. O tunelu w studniach mówiło nam przynajmniej 4 świadków. Dwoje z nich weszło do tunelu. Obaj świadkowie zeszli do studni po metalowych uchwytach. Na dnie studni zobaczyli tunel o wysokości schylonego człowieka. Obaj bali się nim iść z uwagi na miny i niewypały, o których się powszechnie mówiło. Dziś jeden ze świadków nie potrafił nam wskazać dokładnej lokalizacji studni z drabinką. A drugi świadek obiecał pokazać nam to miejsce na wiosnę tego roku. Nas najbardziej zaciekawiła wzmianka o ceglanym budynku. W lesie nie jest problemem znaleźć ceglany gruz. Są to resztki po barakach, magazynach, oraz śmieciowe gruzowisko nawiezione z okolicznych wsi itd. Ceglany budynek, o którym pisze świadek musiał gdzieś stać. Jedyne miejsce, które by nam pasowało to budynek „strażnicy” jak sami go nazwaliśmy. Jeden ze świadków mówił nam o miejscu gdzie stał szlaban i wartownicy, którzy dokładnie sprawdzali dokumenty. Czyżby to tam zasypano wejście, o którym mówi nasz informator? My w swojej fantazji graficznej właśnie tam umieściliśmy naszą tajemniczą studnię. Kto wie, może i mamy rację?

graficzna wizja strażnicy i schronów

tunel pod betonową drogą

Co do lei to są leje po eksplozjach amunicji a nie po bombach jak gdzieś tutaj ktoś z kolegów napisał. Niemcy uciekając podpalili magazyny a eksplozje i pożar trwał przez 2 tygodnie. Uwaga poszukiwacze militariów to teren niebezpieczny a stara amunicja jest bardziej niebezpieczna od nowej, możecie stracić życie bądź zostać kaleką.

To chyba mówi samo za siebie. Nadal spotykamy świeże ślady po wykopach w borowskim lesie. Nic człowieka nie zniechęci…

CDN…

 

Share Button
Inne artykuły

Zbrodnie hitlerowskie na ziemi kaliskiej

2017-06-17 18:27:02
admin1

0

Walki pod Morawinem

2017-03-22 14:31:40
admin1

0

Przespolew Pański i Przespolew Kościelny

2017-03-09 14:54:14
paprotka

0

Warta – 1000 lat historii

2017-01-24 21:15:18
admin1

0

Bitwa pod Mokrą

2017-01-17 15:43:18
admin1

0

Miłkowice – Tragiczny wrzesień 1939 rok

2016-11-17 12:00:07
paprotka

0

KL Gross – Rosen – Kamienne piekło

2016-11-06 11:16:30
admin1

0

Dodaj komentarz